No lubię „Titanica”. I kto mi zabroni? Ja wiem, że
ta historia miłosna to kicz i tandeta, którą przydałoby się zmienić. I mogę
dorzucić, że mnie całe to tonięcie… no wiadomo kogo… w ogóle nie rusza
emocjonalnie. Ale ten film jest tak zrealizowany, tak genialnie zrobiony pod
względem wizualnym, że uwielbiam go i wracam do niego coraz. Wróciłem w zeszłym
roku, bo dwudziestopięciolecie powstania, wróciłem i w tym, bo jakiś czas temu
ćwierć wieku minęło od premiery. No i nadal fajnie się to ogląda, nadal
świetnie to wygląda i ma w sobie serce i duszę, której brak współcześnie
dopieszczonym komputerowo filmom.
Rok 1912. Największy statek świata, Titanic,
wyrusza w swój dziewiczy rejs. Na pokładzie znajdują się najróżniejsi ludzie,
od bogaczy, którzy chcą ta wyprawą podkreślić swój status, po biedaków,
pragnących wyrwać się do nowego świata. Do tych pierwszych należy młoda,
buntownicza Rose, która małżeństwem ratować ma prestiż rodu. Wśród drugich jest
młody lekkoduch-artysta, Jack. Ich przypadkowe spotkanie stanie się początkiem
romansu, który będzie musiał zmierzyć się z wielkimi trudnościami. A jeszcze
Titanic płynie na pewną zgubę…
I to jak płynie. To był rok 1997, kiedy komputerowe efekty specjalne już były, nawet od paru lat, ba, mieliśmy za sobą już nawet pierwszy film animowany w całości wykonany w ten sposób, ale i tak wszystko to raczkowało dopiero. Więc to, co w „Titanicu” oglądamy, to przede wszystkim robota ludzkich rąk. Zbudowana w zatoce makieta statku, choć z jedną tylko burtą, rozmiarami niemal dorównywała pierwowzorowi. Przede wszystkim była tam naprawdę. Naprawdę były te korytarze, te pomieszczenia… I naprawdę statek się przechylał, pękał, ludzie ślizgali się po pokładzie – na kółkach, ale co tam – a aktorzy taplali się w wodzie.
Nie będę rozwodził się nad treścią, bo jak to u Camerona, niewiele jej jest. Romans słaby, nieprzekonujący, wątki sztampowe. Ten film to przede wszystkim ożywienie Titanica i jego katastrofy. Ożywienie dokładne, choć nie wolne od zmian, zrobione tak, by nawet metraż filmu zrównał się z czasem tonięcia prawdziwego statku… No genialnie się to ogląda, bo ogrom ludzkiej roboty, ogrom pomysłowości, ogrom talentu, dbania o detale i filmowej magii zachwyca po dziś dzień. Wiele tu nowatorskich rozwiązań, masa dopieszczania i po prostu kinowe piękno. Wtedy, ćwierć wieku temu, to był nie tylko największy filmowy hit w dziejach – zresztą do dziś trzyma się w ścisłej czołówce – ale i najdroższy obraz w historii. Dwieście milionów dolarów, dziś taki budżet wrażenia szczególnego nie robi (rzućcie okiem na listę najdroższych filmów, 50 miejsc, a żaden z tytułów nie schodzi poniżej tej kwoty), ale wtedy nikt nie sięgał po takie pieniądze. A Cameron sięgnął (sporo kombinując i oszukując producentów, tak swoją drogą) i nie zmarnował ani centa.
No i jeszcze to wydanie. Cztery płytki, trzy komentarze, alternatywne zakończenie, 45 minut scen wyciętych, masa materiałów z planu, zza kulis (niektóre są tak pomyślane, że możemy wybrać włączanie się ich w trakcie filmu, żeby pokazały nam co i jak było kręcone w odniesieniu do tego, co mamy na ekranie akurat), parodie… No dużo tu tego. I okej, może rozbijanie tego na cztery dyski to trochę przesada, bo dałoby się wcisnąć to wszystko w dwupłytowe wydanie, ale i samo wydanie, włącznie z pudełkiem, stylizowanym na wykonane ze skóry, wrażenie robi.
Więc? Więc nie będę polecał, bo nie trzeba. Może polecę to konkretne wydanie? A to już bardziej, bo fajne, ale przecież są jeszcze paropłytowe edycje BR, gdzie można i w lepszej jakości to obejrzeć, i w 3D, więc to kwestia gustu. Ale po prostu powiem: znów się pocieszyłem filmem i skorzystałem z okazji, by powiedzieć parę słów na ten jubileusz. I to tyle.

Komentarze
Prześlij komentarz