„Dobble” to taka gra, która jest tak skrajnie
prosta, że właściwie całe jej zasady to jedno zdanie. Proste to to dla
maksimum, choć są oczywiście różne warianty, więc można sobie to wszystko
urozmaicić. Tak czy inaczej jednak clou wszystkiego jest ta uderzająca
prostota. I dobrze, bo w niej tkwi też cała siła zabawy, jaką niesie rozgrywka.
Bo wcale nie trzeba skomplikowanych reguł, rozpisanych na dziesiątki stron
instrukcji, nie potrzeba masy elementów i skomplikowanej mechaniki. Czasem
wystarczy coś tak prostego, jak zwyczajne skojarzenia, by zapewnić rozrywkę,
która porywa. I tak jest w tym wypadku.
„Dobble” wracają! A czym są? Jeśli jeszcze nie wiecie,
to gra polega na znajdowaniu takich samych obrazków. Na każdej karcie mamy
szereg grafik. Mamy dwie karty, jedną na stole, jedną w ręku – a każde dwie
łączą się ze sobą tylko jedną wspólną ilustracją – i kto pierwszy znajdzie te pasujące
obrazki, wygrywa rundę. I gra toczy się dalej. To tak w skrócie.
Pamiętacie czasy szkolne i wszystkie te wątpliwości
związane z matematyką? Bo liczenie liczeniem, ale na co nam te wszystkie dziwne
rzeczy, których nas uczą? Do czego to się w życiu przyda? Twierdzenie
Pitagorasa i jemu podobne zastosowanie w normalnym świecie znajdują, ale poza
tym? Na chorobę nam wszystkie te funkcje, albo kombinatoryka, na co zbiory i po
co rachunek różniczkowy? W sklepie się nie przyda, przy mierzeniu czegoś nie,
a… A zresztą co tu gadać, znacie to. No ale czasem z takich rozważań
matematycznych może coś wyjść. I wyszło w przypadku „Dobble”. Bo to, co ostatecznie stało się tą grą,
zaczęło się w połowie lat 70. od pewnego matematyka i jego rozważań nad relacjami
– dokładnie nad „Kirkmanowskim dylematem uczennic”. Efekt był taki, że z tych
jego analiz, zrodziła się ostatecznie gra w znajdowanie takich samych owadów na
kartach. A ta, odkryta po latach, stała się zaczątkiem tego, co dziś, po
udoskonaleniu, znamy jako „Dobble” właśnie.
No i jakiś czas temu, z okazji dziesięciolecia
„Dobble”, wyszła ta jubileuszowa edycja. Podwójna, bo mamy dwie talie kart –
jedne imprezowe, ze złotymi obrazkami, drugie horrorowe, utrzymane w takiej
halloweenowej (ale nie tylko, bo świąteczne klimaty też tu są) estetyce, a na
dodatek świecące w ciemnościach. Ale mamy pięć wariantów rozgrywek, więc niby
dwie talie, a jednak pięć gier, więc zabawy jest tu naprawdę dużo. A rzecz jest
tak prosta – to, że zasady tłumaczy się w minutę, to akurat prawda – ale
wciągająca, bardzo ładnie wykonana i ogólnie sympatyczna. Fajne jest to, że
dzięki fluorescencyjnym obrazkom, można dać się porwać klimatowi i zagrać w
ciemności.
Udana rozrywka dla całej rodziny. Bo to rzecz
naprawdę dla każdego, ćwicząca przy okazji spostrzegawczość i reakcje. Dwie
talie, instrukcja, broszurka z informacjami i historii powstania gry i metalowe
pudełko, w którym wszystko jest zamknięte, dopełniają tylko pozytywnego
wrażenia. I okej, może można było wydać to wszystko nieco skromniej, a zarazem
i taniej, bo jednak zestaw kart w środku nie jest wielki, nie zmienia to jednak
faktu, że samą edycję też się docenia. A ja po prostu z czystym sercem polecam
te podwójne „Dobble” każdemu, kto lubi familijne gry bez prądu. Nie będziecie
zawiedzeni.




Komentarze
Prześlij komentarz