INDIANKA
JONES
„Tomb Raider”. No każdy to zna, każdy, kto w gry grywa
pewnie miał kontakt z którąś odsłoną serii, a były filmy – trzy – były komiksy
(sporo więcej), gadżety, książki… No masa tego była, w końcu seria to fenomen.
A teraz, czekając na nową odsłonę, która podobno kiedyś tam ma być, ale
konkretów żadnych nie ma, dostajemy remastery pierwszych trzech części, a ja…
nie o tych remasterach na razie (poczekam, aż wszystko twórcy ogarną, żeby
naprawdę dobrze się w to grało, a i cena niech spadnie, bo jednak aż tak dobrze
to to nie wygląda, żebym chciał inwestować aż tyle), a klasyce. Bo Larę Croft
to ja uwielbiam jeszcze od czasów, zanim w którąkolwiek część jej losów
zagrałem i wiernym fanem jestem po dziś dzień. A że powrót klasyki w
odświeżonej wersji to dobra okazja, by trochę powspominać… Co tu dużo gadać,
lecimy.
Kto jakimś cudem nie wie, o co w tych grach chodzi,
to w skrócie wygląda to tak: Lara Croft, dziedziczka fortuny rodu Croftów,
uwielbia przygody, podróże etc., więc lata po świecie, zwiedza stare grobowce,
odkrywa sekrety przeszłości i zdobywa wielkie skarby. A że przy okazji
konfrontuje się z tym, co paranormalne – od dinozaurów, przez duchy i potwory,
po kosmitów – i ma pełne ręce roboty…
Jako dzieciak, w latach 90., kiedy komputery
jeszcze mało kto posiadał, marzyłem o graniu w takie prawdziwe gierki na PC,
ale wiadomo, budżet pozwalał mi właściwie tylko na zabawę na „Pegazusie” (i
okazjonalne wyskoczenie do kafejki internetowej czy ogranie czegoś na szkolnych
lekcjach informatyki w późniejszych latach). Ale że grać chciałem, zaczytywałem
się magazynami o grach, a z produkcji, które ewidentnie najbardziej wpadły mi wtedy
w oko, był „TR” właśnie. Jak mogłoby być inaczej? Dzieciak wychowany na kinie
nowej przygody, miłośnik „Indiany Jonesa” (Larę określano zresztą żeńską jego
wersją), nie miał innej drogi do wyboru. I tak to się zaczęło.
Pierwszy „Tomb Raider” w który grałem? Trójka –
jedna z najlepszych klasycznych odsłon dla mnie. Kolejny, który ograłem, to już
dopiero „Anniversary”, remake jedynki (dlatego też do remasterów jestem średnio
nastawiony, bo jednak już odświeżoną wersje początków mieliśmy i to naprawdę na
poziomie). A gdzieś pomiędzy było czytanie o kolejnych częściach i jaranie się
zapowiedziami tego, co miało być „TR: Next Generation”, tą rewolucją i w ogóle,
a stało się porażką znaną jako „Angel of Darkness”. Ale po latach wszystko to
jest za mną, ograne, często więcej niż raz i…
No i po kolei. Jedynka, czyli klasyk. Rzecz kanciasta,
wizualnie zestarzała się mocno, a i sama rozgrywka do najwygodniejszych nie
należy, ale nadal ma to swój mega urok. Jest tu klimat, jest magia, jest
pomysłowość i masa dobrej zabawy. Największy minus? Że to wszystko wygląda tak,
że czasem nie wiadomo czy mamy jeszcze twardy grunt pod nogami, czy już
przepaaaaaaść… Bywa.
Dwójka, czyli w skrócie to samo, ale więcej, lepiej
graficznie, lepiej pod względem gameplayowym. No z pierwszych sześciu części,
zanim zaczęto reanimować serię, ta pozostaje najlepsza. Różnorodna, świetnie
wykonana, miodna w rozgrywce. No nadal świetnie się w to gra i jest naprawdę
fajnie. Dlatego też kiedy po latach wróciłem do jej kontynuacji, poczułem
zawód, bo początkowe plansze w dżungli graficznie wydają się regresem w
stosunku do dwójeczki. Potem jednak trójka wizualnie się poprawia, a część okazuje
się jeszcze większa, jeszcze bardziej różnorodna i nawet w pewnym momencie daje
nam posmak wyboru, kiedy możemy udać się do jednej z dwóch lokacji. Takie atrakcje.
No i jeszcze wizyta w Strefie 51 i UFO na długo przed „Indianą Jonesem i królestwem
kryształowej czaszki”. I kto tu od kogo zrzynał?
Ale od tego momentu dla mnie zaczął się spadek
poziomu „TR. Niestety, ale czwórka, choć jeszcze ładniejsza graficznie, okazała
się z jednej strony monotonna i mało różnorodna, z drugiej zaś jakaś taka za krótka.
A piątka, złożona z krótkich historii z różnych etapów życia Lary, choć czasem
fajna (klimacik rodem z „Archiwum X” momentami się naprawdę udał) i różnorodna,
sprawiała wrażenie pospiesznie zrobionej. No i przestarzałej, bo jednak wciąż korzystającej
ze starej technologii, która już wtedy odchodziła do lamusa, jak to mówią. Nadal
jednak dobrze się bawiłem i nadal nie czułem zawodu…
… i nie poczułem go przy „Aniele ciemności”.
Produkcję może i wszyscy zmieszali z błotem, ale nie oszukujmy się, nie jest
wcale tak źle, jak się przyjęło mówić. Wiadomo, wykonanie leży i kwiczy, kiedy
Lara biega po schodach sprawia wrażenie, jakby jej się chciało siku i pędziła
truchtem do łazienki, a tekstury wysypują się do tego stopnia, że nasza postać
(bo nie tylko Croft tu gramy, co też jest novum) potrafiła spaść przez podłoże
w nieskończoną pustkę, ale dodanie do przygodowej zręcznościówki elementów
rodem z RPG-ów i całkiem fajna grafika obroniły tę grę. Klimat świetny jest, a beznadziejne
sterowanie da się obejść unikając używania myszki na rzecz starego rozwiązania
czy grania jedynie kursorami. I tylko żal zostaje, że fabularnie nie
pociągnięto tego dalej, bo ciekawie było.
No a potem mamy trzy miodne gierki czyli, czyli
taki restart w sumie: „Legendę”, „Anniversary” i „Underworld”. Trylogia, która przywraca
Larze świetność, gdzie i grywalność świetna, i grafika znakomita (szczególnie w
tej ostatniej), do tego klimat, zagadki i… No i to, czym jej środkowa (choć
chronologicznie najwcześniejsza) odsłona, „Anniverasry” wkur…za najmocniej, czyli
beznadziejnie przesadzonymi wyzwaniami typu Centaury czy finałowe strzelanie do
celów, by wysunąć półki i skakać po nich zanim się zamkną, trzymając się ściany
magnetyczną liną, co przy nieco zepsutych ruchach kamer niszczy całą zabawę w
tych momentach. I ja wiem, że na padzie to to lepiej wypada i w ogóle, ale
jednocześnie gra jest też niby dostosowana do sterowania klawiaturą i myszką, a
leży na tym polu i kwiczy nie raz i nie dwa.
Jako, że o nowych grach pisałem już szerzej kiedyś,
wspomnę tylko, że jest fajnie, jeszcze ładniej, ale w produkcji z 2013 roku za
mało jest „Tomb Raidera” jako takiego, a za dużo zwykłej gry, jakich wiele i
dopiero w dalszych dwóch częściach, w których mamy okazję fajnie poszaleć, szczególnie
w wersjach z dodatkami (acz trochę brakuje im tej różnorodności starych części i
prawdziwą tombraiderową przyjemność można złapać dopiero, gdy ogrywamy całość
na raz, traktując to wszystko jak jedną, dużą grę, a nie trzy oddzielne). Ale to
już taka uwaga na marginesie. Dla formalności. No i dla formalności mógłbym wspomnieć
o dwóch izometrycznych gierkach z „Larą Croft” w tytule, pierwszej bardzo
fajnej, drugiej źle zoptymalizowanej i już nie tak przyjemnej, albo o produkcji
spod szyldu „GO”, która ma fajne zagadki, ale słaba oprawa graficzna sporo tej
fajności odbiera. No i jeszcze były przecież te gierki na Game Boye, w które
grałem tak dawno temu, że już mało co z nich pamiętam (acz dobrze je wspominam),
ale… No miałem skupić się na klasyce, na tym, co wyszło swego czasu na trzech płytach
jako „Tomb Raider: Ultimate Edition” (tak sobie założyłem), więc tak to zostawmy,
podsumowując krótkim: warto, jak cholera, choć współczesnych graczy większość tych
produkcji może odrzucić swoją archaicznością, poziomem trudności czy
wykonaniem. Ale taki już urok klasyki. Tyle.




Komentarze
Prześlij komentarz