Dwadzieścia lat minęło od premiery tej gierki.
Równe dwie dekady. Na dodatek ma pojawić się dwójka – zwiastun już nawet jest.
Więc po latach postanowiłem wrócić do produkcji. Co śmieszne, wróciłem, bo po
prostu nabrałem ochoty, dopiero potem dotarło do mnie, że to jubileusz, a
jeszcze później zobaczyłem zwiastun kontynuacji. Złożyło się, fajnie, nie pierwszy
raz zresztą. Ale nie o zbiegach okoliczności miałem, a o grze. „Vampire: The
Masquerade – Bloodlines”… Kiedy długie lata temu ogrywałem ją po raz pierwszy,
nie porwało mnie to wszystko tak, jakbym liczył. Ale teraz zabawa okazała się
miodna i po prostu doskonała, a sama gierka… Oby więcej takich, które nawet po
dwóch dekadach robią robotę.
Fabuła zabiera nas do Los Angeles XXI wieku, gdzie
obok ludzi (acz w ukryciu) egzystują wampiry, ghule, zombie, wilkołaki, a nawet
duchy. I właśnie w takim świecie wcielamy się w nowonarodzonego wampira, który
musi się w tym wszystkim odnaleźć i… No dzieje się, plaga roznosi się po
mieście, w LA dochodzi do serii dziwnych zbrodni, a na tym wcale nie koniec…
Ta gra ma błędy, całkiem sporo tych błędów, bo i
tekstury się wysypać potrafią, i postać skacze dziwnie po schodach, i czasem
kursor lata sobie, jak chce a postać zawiesi się tu i ówdzie na planszy, że
wspomnę tylko o tych, co najbardziej rzucały się w oczy. No i bez patcha na
nowych systemach to to nie rusza (instalowałem z płyty, więc nie wiem, jak te
wersje dostępne cyfrowo). A i tak nie ma to większego znaczenia, bo jak
zaczniemy grę i zmęczymy samouczek, „Maskarada” wciąga, jak choroba.
Wszystko dlatego, że, mimo tych bugów, gra chodzi
nadal miodnie i miodnie wygląda. Rok 2004, a jednak wciąż ładne to to,
klimatyczne i w ogóle. Gra się w to wszystko, jak na przełomie XX i XXI wieku
oglądało się „Blade’a” i podobne, popularne wtedy horrory akcji o wampirach.
Tylko poziom rozrywki jest o wiele lepszy. Rozrywki nastrojowej i krwawej,
pozwalającej nam na sporo swobody, bo to w końcu RPG i zadania wykonywać
możemy, jak chcemy (a i pograć z perspektywy pierwszej albo trzeciej osoby,
zależy co nam pasuje). A misji jest sporo i mają w sobie wiele różnorodności.
Jest coś w klimatach legendy miejskiej (szukanie filmu snuff), jest rasowy
horror – wyśmienita misja w nawiedzonym domu – jest też sporo szukania i
walczenia. Ale można też się poskradać, jeśli chcemy przejść to i owo bez
zabijania.
I tylko szkoda, że to nie większy otwarty świat w
stylu „GTA” chociażby, gdzie można by pochodzić i jakieś sekrety odkrywać. Ale
i tak jest dobrze. Sama rozgrywka jest przyjemna, sterowanie intuicyjne, acz
czasem z opisów zadania nie za bardzo wiadomo o co chodzi i trzeba się
nakombinować. Ale to też ma swój urok.
Czyli warto. Wiadomo, to już powiedziano po
wielokroć, ale co tam. Warto – nadal, mimo lat. A dla takich sentymentalnych
dziadersów jak ja tym bardziej. No ja momentami znów czułem się, jak ten
dzieciak, który pierwszy raz oglądał Blade’a, który wypożyczył go potem na VHS
jeszcze, by przetrwać jakoś weekend z zapaleniem zatok (i czytał przy okazji
komiksowy prequel) i który parę innych, podobnych, acz teraz już beznadziejnych
filmów, obejrzał w tamtych latach, żyjąc fazą na wszelkie horrory. Matrixowe zresztą też to mocno było. I za to wszystko wielki plus ode mnie.



Komentarze
Prześlij komentarz