Cobra Kai (serial)

CK: DEGENERACI

 

Są takie dzieci swoich czasów, których nie powinno się tykać. Są dzieła tak mocno związane z modami danej epoki, że przenoszenie ich na współczesny grunt zupełnie mija się z celem. Jednym z nich jest „Karate Kid”. No bo weźcie, moda na sporty walki to była domena dwóch przedostatnich dekad XX wieku – Bruce Lee, całe to chopsocky i Bruceploitation i masa naśladownictw – filmów tego typu nadal nie brakuje, Jackie Chan chociażby nie odpuszcza, ale to jednak już żadna moda, ot ciekawostki raczej. A tu nagle parę lat temu YouTube zrobił serial „Cobra Kai”, kontynuujący liczącą dotąd pięć części (jedną z Chanem) serię, której lata świetności przeminęły dobre trzy i pół dekady temu. Nie kręciło mnie to, spojrzałem z ciekawości jeden odcinek (i to dość późno, jak już były dwa czy trzy sezony), ale jakoś tak bez większej ochoty i uwagi i nie wciągnęło. Bywa. Ale wróciłem, teraz, po paru latach, przez zwiastun „Karate Kid: Legends”. No wpadło to w oko, ożywiło sentyment, pomyślałem, że może wreszcie by obejrzał „Cobrę”, bo film ewidentnie zamierza nawiązywać. Zobaczyłem, że właśnie wyszła druga z trzech części finałowego, szóstego sezonu, więc czemu nie – nie będę musiał długo czekać na ciąg dalszy, więc i nie zapomnę co było ostatnio. miałem pomysł, żeby wieczorami obejrzeć po odcineczku, w dwa miesiące zaliczę całość i spoko. Nie wyszło. Obejrzałem pierwszy, teraz z uwagą i zassało. Cholera, wzięło mnie to z zaskoczenia, z sentymentem, ale i fajnym wykonaniem i teraz, mimo paru ciężkich bzdur, chcę już wiedzieć co dalej, chcę ciągu dalszego. A trzeba czekać.

 

Akcja dzieje się ponad trzy dekady po pamiętnym turnieju z pierwszego „Karate Kid”. Johnnyem Lawrence’owi w życiu nie wyszło. Małżeństwo się rozpadło, syn, drobny cwaniaczek, nie chce go znać, a sam Johnny coraz bardziej pogrąża się w alkoholizmie i depresji. Aż pewnego dnia spotyka dzieciaka, któremu dokopały lokalne bandziory i postanawia nauczyć chłopaka walczyć. Co zaś w krótkim czasie prowadzi do ponownego otwarcia Cobra Kai, na którym Johnny chce zacząć zarabiać i… No i tu pojawiają się kolejne problemy.

Dojo jest jednak solą w oku Daniela LaRusso, dawnego rywala Lawrence’a, który uważa, że Johnny się nie zmienił, a zasady Cobra Kai same w sobie są złe. Jednocześnie między oboma coraz bardziej narasta osobisty konflikt, bo Daniel, któremu w życiu akurat wyszło, ale i tak nie brakuje mu problemów, wciąż nie przepracował dawnych urazów i jest gotów zniszczyć marzenia przeciwnika, byle tylko postawić na swoim, nie zważając, że ten rzeczywiście się zmienił, ani, że to dla niego szansa na odbicie się od dna. A sytuacja z każdą chwilą się komplikuje, bo nie dość, że obaj równie często znajdują ze sobą wspólny język, to powody do kolejnych zaczepek, to jeszcze we wszystko wikłają się ich dzieci i uczniowie i…

 


Aż dziw, że ten serial wypalił. Poważnie. I nie chodzi tylko o to, że to nie te czasy, nie ta moda i w ogóle. spójrzcie tylko kto odpowiada za „Cobra Kai”, Josh Heald, Jon Hurwitz i Hayden Schlossberg, czyli spece od debilnych komedii pokroju serii „Harold i Kumar” czy „Jutro będzie futro”… Jeden film im nawet wyszedł, mówię o „American Pie: Zjazd absolwentów”, ale wyszedł im bo zagrali na sentymentach tych, którzy „Amerykańską szarlotkę” pochłaniali w młodości. A sam w sobie i tak był przecież debilnym filmem opartym na humorze fizjologicznym. Mimo to im wyszło. Nie ma tu debilnego humoru, okej jest parę ciężkich głupot, jak dzieciaki w okularach walczące w turnieju sztuk walki, jest nieco scen typowych dla nich (naciąganie majtek), acz nawet wtedy jest to jakieś łagodniejsze, mniej wulgarne i w ogóle. Pierwsze trzy sezony, które zrobili właściwie sami, to dowód na to, że jednak potrafią. I że chyba w przypadku tej serii, musieli cenić sobie oryginał, który debiutował, gdy byli dzieciakami, bo podeszli do niego z szacunkiem i wyczuciem. Potem ich udział w serialu staje się mniejszy, właściwie ograniczony do niezbędnego minimum, ale „CK” nadal daje radę i chociaż nie zawsze jest super, poniżej pewnego poziomu rzecz nie schodzi i daje mnóstwo satysfakcji,

 


Podoba mi się to, że z opowieści dla dzieciaków zrobili tu historię w zasadzie dla dziadersów, ale pożenili ją z teen dramą. Sentymentalni starsi mają puszczanie oka (nawet w tytułach odcinków, jak choćby „Węże w samolocie”), wiele smaczków, fajne nawiązania, soundtrack wywołujący sporo nostalgii… Udaje się też autorom zrobić bardzo fajny mix tego, co w sumie było tu od zawsze, ale dopiero w serialowej formie dostało szansę na solidne rozbudowanie. Są więc problemy szkolne, przyjaźnie i antypatie, wątki rodzinne, solidną podbudowę retrospektywną, miłość, sportową rywalizację (różnie pojmowaną)… Można by długo wymieniać. I tak, jak zgrabnie udawało się to wszystko zawiązać w latach 80. w krótkich filmach przecież, tak tu udaje się to równie fajnie rozciągnąć i dostosować do nowego medium. I chociaż klimat już nie jest ten sam, na tym polu serial też daje radę.

 


Fajne jest w nim również to, że udało się skrzyknąć większość starej obsady. I że Johnny ma okazję pokazać się tu od dobrej strony. Co tam Johnny, Daniel zostaje odbrązowiony i to solidnie. Od początku był postacią dość irytującą, nie za dobrą, ale starającą się dobrze, teraz jego zła strona daje o sobie znać i wypada to naprawdę dobrze. a jeszcze udało się zawrzeć sporo emocji, także związanych z walkami, dobre tych walk wykonanie i mnóstwo frajdy dla dziadersów, którzy na takich filmach się wychowali. I chociaż kino kopane nigdy nie było dla mnie jakieś istotne – acz sentyment mam, bo jest parę pozycji, które lubię, bo mój ojciec, który mi je puszczał lata temu, uwielbiał i sam trochę ćwiczył, bo jednak kino lat 70. i 80. to szczególnie moja bajka – dałem się uwieść temu serialowi, jak mało któremu ostatnio. i chcę więcej. Oby doczekać już do lutego i premiery finału sezonu. A póki co cieszę się, że obejrzałem, że serial jednak nie został zakończony po trzecim sezonie, jak pierwotnie planowano. No i że jednak w minionych latach powstało trochę takich serialowych rozwinięć filmów, które naprawdę dają radę („Chucky”, „Ted”). Oby było ich jak najwięcej.

Komentarze