DRAGON
BÓL
Dragon
Ball
La quête
finale
Des sept
boules de cristal
Venues
des étoiles
- Ariane Carletti
„Dragon Ball”. Jedna z rzeczy, które definiowały
moje późne dzieciństwo. Te moje późne dzieciństwo to czas boomu na japońską
popkulturę, czas najpierw „Czarodziejki z Księżyca”, potem „DB” i „Pokemonów”,
ukazywania się pierwszej serii, że tak to określę, magazynu „Kawaii”, nieśmiałe
pojawianie się wydawnictw mangowych i konwentów, istnienie „Planet Mangi”
sprzedającej anime głównie na kasetach VHS, dostępnych w kioskach pism dla
fanów poszczególnych anime, kart i żetonów w chipsach, naklejek w gumach i
rogalikach, gadżetów… W takiej otoczce upływały mi tamte lata, a z tych lat
najlepiej próbę czasu przetrwały właśnie „Smocze kule”. Nie twierdzę, że nie
uwielbiam do dziś „Sailorek”, których ostatnie kinówki obejrzałem z
przyjemnością. Nie twierdzę, że z niechęcią oglądam „Pokemony” – tu też
kinówki, acz nie mogłem odpuścić też ostatniego, pożegnalnego serialu z Ashem.
A jednak to do „DB” najczęściej wracam, wciąż oglądam i czytam wszystko na
bieżąco i chociaż to, co nowe, coraz bardziej mnie zawodzi, chętnie raz za
razem wchodzę do tej samej rzeki. A teraz wróciłem do starego, dobrego, klasycznego
„Dragon Balla”. Do tej animowanej serii z lat 1989-1989 (czyli świętujemy
trzydziestopięciolecie finału tej serii i początku kolejnej, słynnej „Zetki”).
Tej serii, która ostatnio powróciła do polskiej tv i pojawiła w polskim
streamingu. I magia. To nadal działa, nadal gra, nadal urzeka i zachwyca, bawi
i świetnie wygląda. I jeszcze mocniej pokazuje, jak wiele brakuje „Daimie”,
która w zasadzie robi to samo, co ta seria, ale o niebo gorzej i z gorzej nakreślonymi
postaciami.
Fabułę zna każdy, acz dla formalności kilka słów o
treści. więc tak, żył raz sobie w górach chłopiec z ogonem, Son Gokū. Dziecak
niekumaty, ale silny, szkolny w sztukach walki przez swojego dziadka, któremu
się zmarło w dziwnych okolicznościach – została po nim tylko tajemnicza kula z
czterema gwiazdkami w środku. I pewnego dnia w okolicy zjawia się Bulma,
porywcza nastolatka, która takich właśnie kul szuka, bo zebranie ich wszystkich,
a łącznie jest ich siedem, pozwoli wywołać smoczego boga, kyóry spełni dowolne
życzenie. Gokū pamiątki po dziadku oddać nie chce, ale zgadza się pożyczyć ją w
kluczowym momencie, kiedy kule zostaną już zebrane, a także wyrusza z Bulmą w
podróż na poszukiwanie pozostałych kulek. Tak zaczyna się przygoda, która
odmieni i wielokrotnie ocali świat, bo szukanie kul to zaledwie początek, potem
nasz bohater zaczyna trening u mistrza sztuk walki, bierze udział w turnieju,
stawia czoła Armia Czerwonej Wstęgi, mierzy się z demonicznym Piccolo, a nawet
zawędruje na nauki do boskiego świata! a co ważniejsze, ta seria to jedynie
początek tego, co go czeka!
Kiedy jako dzieciak po raz pierwszy obejrzałem
„Dragon Balla”, tak jakoś wyszło, że było to w okolicach odcinków z
trzydziestką w numerach: walka z Armią Czerwonej Wstęgi i te sprawy. Bywa,
potem nadrobiłem, ale to właśnie gdzieś w tych okolicach zacząłem oglądanie. Co
nie znaczy, że to był mój pierwszy kontakt z serią, bynajmniej, zanim miałem
okazję obejrzeć serial, doskonale znalem go już m.in. z łam „Kawaii”, a potem
tamto zimowe popołudnie, mrok za oknem, światła sąsiedniego bloku, jak światła
choinki świąteczną nocą i „DB” na ekranie. Wzięło mnie, kupiło. Już we
wszystkie zawiłości tematu wchodzić nie będę, w całe to polowanie na moment, by
obejrzeć nowy odcinek albo powtórkę, bo kolidowało to z lekcjami, te
wypatrywanie potem kolejnych tomików mangi etc., ale… No właśnie, wszystko to
znów ożyło, znów poczułem się jak tamten dzieciak. No i przede wszystkim znów
przekonałem się, jakie to dobre.
Sentyment powiecie. Łezka się w oku zakręciła, to i
dziaders przecenia. Być może, ale ten sentyment jakoś nie chce mi się przełożyć
na to, co w „DB” słabe było lata temu, ani nie czuję go gdy teraz twórcy odtwarzają
te same motywy i wątki. A tu jest to dobre, świetne. Gokū jest niekumaty, ale
nie jest takim debilem, jak teraz. Gdyby był taki, jak w serii „Super” czy
„Daimie”, nie wygrałby większości walk, które wymagały od niego rozkminienia przeciwnika.
Poza tym, mimo często fizjologicznego humoru, nie jest on tak żenujący, jak
obecnie (nasikanie na ukrytego pod drzewem wroga o dziwo okazuje się o wiele
wyższych lotów, niż inne tego podobne zagrywki w ostatnich latach), spora doza
erotyki wcale nie sprawia wrażenia wysilonego, a żarty z tym związane, fakt, są
zboczone, ale jednocześnie mają pewien urok typowy dla komedii przypadku. I nawet
jeśli fabularnie parę rzeczy kupy się nie trzyma (jak choćby to, że twórcą
Androida 8 jest niejaki profesor Frappé – albo, według przekładu z legendarnego
RTL7 – dr. Flat), wynika to jedynie z inwencji innych twórców, którzy dorzucali
coś od siebie do wizji Toriyamy. Wizji, która na tym etapie nie zawierała
jeszcze wielu elementów, jak chociażby dr. Żygago (trzymam się polskiego mangowego
przekładu w tym wypadku), więc jeszcze nie okazała się błędna.
Poza tym ma to swój niesamowity urok. Ta animacja,
ręcznie malowane tła, brak komputerowego wspomagania, a jedynie praca ludzkich
rąk, tysiące godzin rysowania i masa talentu. Poza tym pięknie się to z czasem
rozwija. Zaczyna jako komediowa przygodówka dla starszej młodzieży, bo z
erotyką i przemocą, ale z czasem bohater dorasta, poważniejsze, bierze udział w
bardziej morderczych starciach (wyśmienita, nasycona dramatami, poświęceniami i emocjami saga Piccolo, nieco mniej emocjonująca, acz też fajna Czerwonej Wstęgi i wszystko, co pomiędzy), a my dojrzewamy do tego wraz z nim. I
przezywamy to, śmiejemy się, kibicujemy mu, czujemy napięcie… Niby się to zna,
niby wie co będzie za chwile, a wciąż to działa. Umiał wtedy Toriyama robić
takie, wymyślać rzeczy, które działały na odbiorcę, fajnie kreować postacie. Szkoda,
że potem, po skończeniu mangi i anime, wrócono po latach do tematu i
rozmieniono go na drobne. Nadal jest jednak ta klasyka, która pokazuje nie
tylko jak to było, ale i jak powinno wyglądać teraz. A przy okazji obecnie
możemy tego starego, dobrego „Dragon Balla” obejrzeć wreszcie bez cenzury, z
lepszym (mam nadzieję, bo, nie miałem okazji zagłębiać się w tę wersję)
przekładem i bez zmian. Bo RTL7, ze swoją legendarną już wersją z francuskim
dubbingiem i polskim lektorem, popisał się kreatywnością zastępując zdecydowaną większość żartów erotycznych idiotycznymi rozmowami choćby o pieczeniu ciasta, a także wycinając niemal wszystkie sceny nagości (poza nagością głównego bohatera, którego swoją drogą w
polskiej wersji ktoś nazwał Songo – we francuskim przekładzie był to Sangoku),
kilka scen przemocy (choć zostały często o wiele mocniejsze rzeczy) czy niektóre
fizjologiczne momenty (jak choćby kuririnowe pierdnięcie w twarz przeciwnika). Ot
ta mentalność, że to, co animowane, jak komiks, powinno być dla dzieci przecież.
Ale, nie powiem, mam sentyment do tego kiczu, do tej tandety od RTL7, która
przy okazji także w ogóle nie trzymała konsekwencji, zmieniając do woli nazwy
jednej techniki czy sens wypowiedzi, inaczej brzmiących w odcinku, a inaczej w przypomnieniu
akcji na początku kolejnego. Mam sentyment do „DB”. I wciąż uważam to za jedno
z najlepszych dokonań, jeśli chodzi o bitewniaki. Nie znać, nie wypada. W końcu
to legenda, klasyka i przy okazji klasa sama w sobie. Tyle.





Komentarze
Prześlij komentarz