Straż nocna – Terry Pratchett

DAWNE DZIEJE

 

Kolejny tom o straży to dzieło, które mnie zaskoczyło. Nie wiedziałem w zasadzie czego po tym tomie się spodziewać, blurbów od dawna już nie czytam, a tytuł obiecywał coś o formacji, o której Pratchett dotąd wspominał tu i tam, ale ostatecznie mu się o niej jakby zapomniało. No i niby o Straży Nocnej to to jest, ale w sposób, jakiego zupełnie się nie spodziewałem. Jeśli zamierzacie czytać ten tom w najbliższym czasie, olejcie czytanie wszystkiego, co tu piszę i po prostu go sięgnijcie, bo dobry jest. Zawsze wrócić możecie potem i skonfrontować swoje odczucia. Albo i nie, bo tu i tak o czytanie książki chodzi, a nie całą resztę. A czytać jest co, zwłaszcza jeśli lubicie, gdy Prtachett tworzy fantasy, w którym dzieją się wydarzenia rodem z Sci-Fi.

 

W życiu Vimesa dziej się. I to dużo. Żona w ciąży, obchody rocznicy pewnych wydarzeń, kolejni chętni do straży i morderca. Morderca, który zabił już dwóch strażników. I tak się składa, że w trackie pościgu za bandytą Vimes dotrze aż na dach Niewidocznego Uniwersytetu. A dokładnie nad bibliotekę, a każdy wie, że w bibliotece dzieją się rzeczy, o jakich nie śniło się nawet filozofom. Na dodatek jest burza, uderza piorun i…

Kiedy Vimes się budzi, odkrywa, że cofnął się w czasie. A chcąc znaleźć ratunek, pakuje w tarapaty, ląduje w celi Straży Nocnej i jeszcze zagrożone jest jego życie. A to dopiero początek. Jest ktoś, kto może mu pomóc, ale przede wszystkim Vimes będzie musiał pomóc sobie, by przyszłość, do której wróci była przyszłością, z jakiej tu przybył…

 

Nie wiem czy Pratchett widział film „Kate i Leopold” (starszy nieco, ale nie na tyle, by faktycznie mógł stanowić inspirację, chociaż kto wie), ale początkowe sceny z burzą, dachem i czasem z miejsca skojarzyły mi się z tą komedią romantyczną. Tu romantyzmu co prawda nie ma, przez podróż w czasie porzucone zostają wątki z całą ekipą, a więc i Marchewa i Anguą, a to ich domeną był tu romans. Jest za to coś innego – nie tyle akcja, chociaż tej też nie brak, a to, jak Vimes wydostaje się z kolejnych kłopotów cieszy czytelniczą gębę, a szansą na zobaczenie nieco przeszłości. Chcecie wiedzieć skąd Dibbler wziął te swoje słynne „Gardło sobie podrzynam”? Macie ochotę zobaczyć młodego Vimesa, kiedy jeszcze nie miał swoich zasad? A może jeszcze młodszego Nobby’ego, którego aż żal i jak wstąpił do straży albo wojska? To wszystko (i jeszcze więcej) tu jest, w klasycznej, ale skrzącej się satyrą i humorem opowieści o przeniesieniu się w czasie. A cała ta klasyka zostaje jeszcze przełamana. Czym?

 

Opowieści o straży to historie w stylu filmów policyjnych i buddy movies. No i to tu jest. Jest też thriller, ale i western, chociaż w takim ujęciu, w jakim był nim „Atak na posterunek 13”. Wszystko to dzieje się na tle wielkiej rewolucji, a to służy Pratchettowi do snucia satyry, trafnych, choć ukazanych w krzywym zwierciadle, obserwacji i po prostu fajnych akcji, jakie robi Vimes. Czy teorie odnośnie zmiany czasu poprzez podróże nie kłócą się z tym, co było np. w „Ostatnim kontynencie”? A czy to ma większe znaczenie, nawet jeśli? Ważne, że zabawa jest dobra, z mocną satyrą na rewolucje, na władzę, na wojnę… Było, ale w tej formie, z paroma momentami tak brutalnymi, jak to jeszcze w serii się nie zdarzyło, nadal dobrze wchodzi. A szansa poznania przeszłości robi robotę.

 

Minusy? W zasadzie brak. To dobry tom dobrej serii, świetna rozrywka i coś ponad to. Ale zastanawiam się nad przekładem jednego momentu. Bo jest scena, w której pada zdanie brzmiące mniej więcej „za długi na Ryśka, za krótki na Ryszarda”, jako synonim tego, że bohater nie jest ani tym, ani tym. Ale jeśli to jest wierny przekład i w oryginalne były imiona Dick i Richard (nie wiem, oryginału nie widziałem), to polski przekład zatraca gdzieś dwuznaczność i wypadałoby dać tam „Wacka” i „Wacława”. Ale to tylko takie gdybania. Dygresja na marginesie. I nic, co zmieniałoby jakość tomu. A ta niezmiennie jest znakomita. No i jeszcze ta wyśmienita, stylizowana na Rembrandta okładka…

Komentarze