Wolverine/Gambit: Ofiary – Jeph Loeb, Tim Sale

MEGA EKIPA

 

Mucha to wznowiła (z nieco bardziej rozbudowaną zawartością), więc ja wracam do klasycznego wydania sprzed niemal trzech dekad. Mega Marvela. Kto pamięta, ten wie, że to była linia wydawnicza, która miała za zadanie pokazywanie nam albo najlepszych, wyjątkowych historii, albo różnych postaci w solowych ich przygodach i zapoznawanie nas z bohaterami wszelkiej maści, którzy nie mieli okazji na dobre pokazać się wtedy na polskim rynku. Niezależnie od tej idei, niektóre postacie były bardziej faworyzowane – a mutanci Marvela to już w ogóle – i swoje miejsce znajdowali tu częściej, niż inni. Bo spójrzcie tylko, na dwadzieścia numerów w aż czterech pojawiali się właśnie oni – „Weapon X”, „Pieśń Egzekutora”, „Sabretooth” no i jeszcze ten konkretny, który dziś tu odświeżam – „Wolverine/Gambit”. I chociaż nie wszystkie prezentują równy poziom, przy wszystkich czterech dobrze się bawiłem. A „Ofiary”? Jak na duet Sale / Loeb mogło być lepiej, ale i tak zabawa jest konkretna. I nastrojowa.

 

Więc tak, pod koniec dziewiętnastego wieku niejaki Kuba Rozpruwacz zabił kilka kobiet. Nigdy go nie złapano. W czasach obecnych znów dochodzi do podobnych zbrodni. Pięć ofiar wstrząsa opinią publiczną i światem, policja zaczyna polowanie, a do akcji wkracza też Gambit, który znał jedną z zabitych. Problem w tym, że wszystko wskakuje na to, iż mordercą jest… Wolverine!

 

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, kiedy wspominam ten numer „MM” to… reklamy. Tak to zapamiętałem i po odświeżeniu sobie nic się nie zmieniło. Spojrzałem, policzyłem i tak, na sto dwie strony (łącznie z okładkami) mamy osiem stron reklam plus strona „MegaManii”. Niby nie tak dużo, ale jak przeglądasz album i trzy razy w oczy wali cię ta sama reklama „WildC.A.T.S”, to już trochę przesada. No ale tom zaliczył jeszcze jedną zasadniczą wpadkę (mocno topornego i przesadnie dosłownego przekładu nie wliczam) – to historia opierająca się na tajemnicy, na sekretach i zwrotach akcji i… I redakcja TM-Semic na trzynastej stronie daje nam wspomnianą „MegaManię”, czyli takie tam omówienie czemu akurat ta opowieść, co, jak i gdzie, a w niej rameczka, a w tej rameczce omówienie kto walczy tu z kim. No i od razu dowiadujemy się kto za tym wszystkim stoi, a więc i w znacznej mierze co tu się właściwie dzieje, mimo iż w samym komiksie wątki te pojawiają się dopiero w połowie fabuły. A chociaż w latach 90. nie znaliśmy aż tylu postaci Marvela, co teraz, nawet wtedy łatwo było się wszystkiego domyślić.


Abstrahując od tego, „Ofiary” to kawał dobrego komiksu, gdzie jest pomysł, akcja, klimat i dobre wykonanie. Loeb i Sale są tu na początku swojej kariery, acz na etapie tuż przed „Długim Halloween”, ale już po „Nawiedzonym Rycerzu” i batmanowe naleciałości tutaj czuć. Jest zbrodnia, jest kryminalna zagadka, śledztwo też jest, krwawo bywa, choć wiadomo, komiks środka i za dużo tej krwi zwyczajnie być nie może. Ale im dalej w ten las, tym bardziej rzeczy odrywa się od ziemi i zmienia w marvelowski akcyjniak z mutantami. I to wcale nie zarzut, może rzecz nie robi takiego wrażenia, jak najlepsze Gacki czy kolorowa seria obu artystów, ale i tak wypada przyjemnie i warto ją poznać. A już graficznie w szczególności, bo Sale świetny jest i nawet jeśli kolor mógłby być lepszy, wpada to w oko.

 

Więc poznać album warto. No nie jest to żadne musisz-to-mieć, było sporo lepszych „Mega Marveli”, ale ten z tą mega ekipą (i za sterami, i w roli głównej) też nie zawodzi. I miło się go wspomina. Więc reedycja jak najbardziej się przyda.

Komentarze