Wolni Ciut Ludzie – Terry Pratchett

CZAROWNICA WYROŚNIE NA KREDZIE

 

Druga z dyskowych książek dla młodszych odbiorców to jednocześnie pierwsza część przygód Tiffany Obolałej (i jedyny tom bez Śmierci). I tak się złożyło, że lata temu moją pierwszą przeczytaną powieścią z serii okazała się „Pasterska korona” z tą bohaterką właśnie. Więc sentyment powinien zadziałać, rzecz powinna kupić mnie bardziej, a tu jednak pewne rozczarowanie, bo „Wolni Ciut Ludzie” okazał się jednym z najsłabszych tomów serii (jeśli nie najsłabszym). Raz, że ja ogólnie jakoś tak nie przepadam za tymi baśniowymi odsłonami, bo to jednak retelling motywów, a jeśli mnie kupowały to głównie dzięki postaciom, a Tiffany nie jest tak świetnie skrojona, żeby udźwignęła to aż tak dobrze. Dwa, że nawet w swojej kategorii rzecz jest wtórna i zamiast bawić się motywami, odtwarza je. Czyta się to szybko, lekko i dobrze, ale Pratchetta stać na wiele więcej.

 

Czarownice na kredzie nie wyrosną. Czarownica, by mieć swoje moce, potrzebuje innego gruntu. Ale Tiffany Obolała, choć ma dziewięć lat i wyrosła na kredzie i w Kredzie (kraina niedaleko Lancre), ma zadatki na czarownicę – posiada Pierwsze Spojrzenie, które pozwala jej widzieć rzeczy takie, jakimi są i Drugie Myśli, które pozwalają jej rozumieć więcej. W uproszczeniu. Przede wszystkim jednak to ciekawska, ciekawa świata, ale i też przekonana o własnej nieomylności dziewczynka, która za wzór ma swoją zmarłą babcię. Umie zrobić ser, umie dać stworowi w łeb patelnią i chce zdobywać wiedzę. Chce też być czarownicą, a to w Kredzie karane jest w zasadzie śmiercią. Ale jej zdolności zwracają uwagę zarówno Perspiracji Tyk, jak i Nac Mac Feegle’ów – Wolnych Ciut Ludzi, którzy kradną, rozrabiają i piją, ale przede wszystkim szukają kogoś takiego, jak ona. Kiedy więc brat Tiffany znika, dziewczynka rusza mu na ratunek do innego świata, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje, za pomocników mając Ciut Ludzi, którzy może i są mikroskopijni, ale odwagi im nie brak. Czy podołają zadaniu?

 

To, że Pratchett pisząc dla dzieci, nie zrobił książki dla dzieci należy zaliczyć całości in plus. To, że całość to jednak retelling „Królowej lodu”, ale w wersji, która tak mocno kojarzy się z „Narnią”, mimo ograniczenia ilości rodzeństwa, że przysłania wszystko inne, a dodanie Nac Mac Feegle’ów, choć są najmocniejszym plusem książki, tego nie zmienia. Widać, że poza pomysłem na tych bohaterów, Pratchett nie miał tego pomysłu już na nic innego. Więc poszedł w klasykę oczywistą na każdym polu, zaludnił to wszystko postaciami, które są odtwarzaniem tego, co już wcześniej zrobił i to w zasadzie tyle.

 

Czy to zła książka? Nie. Ale jednak spory zawód. Jest tu kilka fajnych momentów i trafnej satyry, ale i ta satyra to też po raz kolejny dosłownie to, co już było. A „Dysk” stoi tym, że jednak bawi się znanymi motywami, szuka w nich czegoś nowego i w kolejnych tomach podejmuje się innej tematyki / gatunku / estetyki. Pod względem fabularnym i wykonania z historii dla dzieci lepszy był „Maurycy”. Dobrze więc, że książka jest w zasadzie cienka i szybko wchodzi. No i na sam koniec ma parę miłych akcentów, których co prawda spodziewałem się od samego początku (podobnie z ropuchą), ale zawsze i tak takie rzeczy dają czytelnikowi nieco frajdy.

 

No ale sam tom to jednak tylko przyzwoita książka. Całkiem sympatyczna, mająca potencjał. Ale jak na autora i ten cykl to jednak za mało, bo nawet przesłanie (nierówne traktowanie kobiet etc.) wypada blado zwłaszcza na tle tego, co w serii już było. A góralska (z elementami śląskiej? nie znam się, ale tak mi się wydaje) gwara zastosowana u Nac Mac Feegle’ów bywa męcząca, chociaż doceniam starania tłumacza (zresztą dobrze, że tom ukazał się w drugim przekładzie, zrobionym przez Piotra W. Cholewę, bo pierwszy, ze zmianą nazwiska bohaterami na Akwilę Dokuczliwą już sama w sobie brzmi co najmniej średnio).

Komentarze