Bezsenność - Stephen King

BEZSENSNOŚĆ

 

„Bezsenność: Stephena Kinga to powieść, która długo wymykała mi się z rąk. Gdy tylko już miałem ja kupić, zawsze trafiało się coś pilniejszego. W końcu jednak (pod wpływem „Mrocznej Wieży” i tego, jak jej akcja istotna jest dla tamtejszych wydarzeń) sięgnąłem po tę opowieść o starcu cierpiącym na bezsenność, która sprowadza na niego zdolność postrzegania ludzkiej aury i dziwnych istot zamieszkujących nasz świat, i niestety, ale żałuję, że ostatecznie skusiłem się na ten gniot. Nie ma się co oszukiwać, lata 90. to w większości jeden z najgorszych twórczych okresów autora (wiem, mówi się, że to po wypadku zaczął pisać naprawdę źle, ale prawda jest taka, że już przed pisywał coraz gorzej, a wypadek stał się dobrą ku temu wymówką), a „Bezsenność” to jej najgorszy reprezentant.

 

Ralph Roberts po śmierci żony zaczyna cierpieć na bezsenność. Ale im mniej śpi, tym inaczej postrzega rzeczywistość: zaczyna bowiem dostrzegać ludzkie aury, które wiele mu o osobach, a często i długości ich życia mówi. Nie wie jednak jeszcze, w co już wkrótce zostanie zaangażowany. Dzieląca miasteczko klinika aborcyjna stanie się celem zamachu terrorystycznego i…

 

Pierwsza połowa lat 90. XX nie była najlepszym okresem w dorobku Kinga – ja wiem, że już to pisałem, ale pozwólcie pociągnąć temat dalej. Co tu nie grało? Twórczość autora stawała się powoli coraz bardziej powtórkowa, pełna dłużyzn i nietrafionych pomysłów, a także coraz gorszego pisarstwa. A najmocniej ocieka tym wszystkim na każdym kroku „Bezsenność” właśnie. Co tu dużo mówić, ta książka jest do bólu nudna, rozwleczona i na żadnej płaszczyźnie nie ma do zaoferowania nic ciekawego. Zbudowana z absolutnym pominięciem logiki i sensu, przez większość czasu sprawia wrażenie, że gorzej już być nie może, ale… Wtedy King mówi „nie wierzysz? udowodnię, że potrafię jeszcze gorzej” i wali nam w twarz takie bzdury, że głowa mała, zęby zgrzytają, a oczy łzawią. Taki jest jej finał. Ja wiem, że w zakończenia King nigdy nie umiał, ale finał „Bezsenności” to żenada, dno i tandeta, jaką ciężko znaleźć nawet wśród tych licznych bardzo złych zakończeń, jakich latami serwował nam mnóstwo.

 

Poza tym King przybrał tu ciężki i przeładowany tanim, słabym patosem styl. Bohaterowie są nieciekawi, charakterologicznie to wydmuszki, złol skrojony został beznadziejnie i sztampowo – kreacja na miarę dziecka, które uczy się pisać, ale nie ma pojęcia, jak tworzyć dobre postacie, więc idzie w sztampę i frazesy, jakie zassał z mlekiem popkulturowej matki – a akcja rozwleczona, nudna i – razem ze stroną ideologiczną, w której próżno szukać grama sensu – obrażająca inteligencję potencjalnego odbiorcy tak, że to zwyczajnie boli. Jeśli więc podchodzić do tej książki jako samodzielnego dzieła, a tym jest przede wszystkim, to zwyczajne dno i metry mułu, których nie da się czytać ani nikomu polecić. Ale też można spojrzeć na „Bezsens…” „Bezsenność” znaczy nieco inaczej i…

 

No i wtedy jest nieco lepiej, ale tylko nieco. To, jakby zrobić dziesięć litrów zupy, która jest tak niedoprawiona i pozbawiona warzyw i mięsa, że chce się wymiotować kiedy się ją je, a potem dorzucić do tego szczyptę soli, ale jednak. I tymi plusami są nawiązania. Bo tak, po pierwsze akcja toczy się w Derry, a więc odniesień do „To” nie brakuje. Nie brak też nawiązań do innych utworów Króla, ale to, co wyróżnia ją od innych, to całe to ciepnięcie elementów łączących się dopiero w „Mrocznej Wieży”. To tu bowiem po raz pierwszy poznajemy Patricka, Karmazynowego Króla i wątki rozwijane potem przede wszystkim w tomie siódmym tomie „MW”. Niestety całość (bo i ten Karmazynowy to tak tu ciepnięty, że finałowa z nim akcja to tragedia od strony poziomu i wykonania, a także ilości idiotyzmów) prezentuje takie literackie i intelektualne niziny, że potrafi skutecznie zniechęcić do sięgnięcia po więcej i po samą „Wieżę”. Więc w sumie dobrze, że tego gniota łyknąłem znając już lepsze książki Kinga i mając „MW” za sobą. Ale i tak żałuję czasu i kasy.

Komentarze