
NIE TAKA
KRÓTKA HISTORIA Z REGGAE W TLE
„Krótka historia siedmiu zabójstw” jest jednym z
dowodów na to, że Jamajka do zaoferowania ma coś więcej, niż tylko reggae i jej
pochodne. Nagrodzona Bookerem opowieść to rzecz doskonała, chociaż niełatwa w
odbiorze. Ciężka, zarówno tematycznie, jak i stylistycznie, zatopiona w
wulgaryzmach, kolokwializmach, mowie nizin i slangu, temat zamachu jako takiego
omija najbardziej, jak może, skupiając się na odmalowaniu kolorytu lokalnego i
tła wydarzeń w sposób na równi fascynujący, co przerażający. Nie każdego to
kupi, nie każdy zdoła ją przeczytać, ale nie zmienia to faktu, że mamy tu do
czynienia z powieścią rewelacyjną. Czy wybitną? Nie, ale na pewno ambitną,
napisaną z rozmachem, emocjami i siłą.
Człowiek może umrzeć. Jego duch nigdy. I czasem ten
duch przemawia.
W roku 1976 na Jamajce dochodzi do zamachu na Boba
Marleya. Uzbrojeni napastnicy wkraczają do domu ojca muzyki reggae, Marleyowi
na szczęście udaje się ujść z życiem. Sprawcy nie zostają nigdy złapani. Ale co
kryło się za atakiem? Jakie były motywy? Kto był w to zamieszany? I jakie będą
konsekwencje?
Ale zanim dochodzi tu do tego zamachu, który
opisany mamy w formie chaotycznej ćpuńskiej jazdy, rwanej, niczym rwąca się
świadomość uczestników i przepełnionej elementami narracji bardziej skupionej na
jej uczestnikach, niż samym zamachu, poznajemy życie bohaterów. Każda część
książki to dzień z życia bohaterów, pokazujący wydarzenia z niemal trzech
dekad. Do zamachu dochodzi zresztą tak w 1/3 powieści i nie on liczy się
najbardziej. Liczy się cała ta otoczka, którą poznajemy z perspektywy różnych
postaci. A postacie to najczęściej ludzie z jamajskiego getta, ubodzy
materialnie i umysłowo bandyci, którzy w pierwszej osobie, specyficznym dla
siebie językiem, snują nam opowieści o sobie i o ich świecie - świecie pełnym
gwałtów (także na ciężarnych), zbrodni, napadów, ale i pewnej nuty nadziei. Tę
ostatnią symbolizuje tu jedyna kobieca bohaterka wśród głównych postaci,
dziewczyna, która w domu nie może znaleźć miłości, a po nocy spędzonej ze
Śpiewakiem, wystaje pod jego domem, mając nadzieję, że król reggae stanie się
dla niej ratunkiem przed Jamajką. I właśnie szukaniem ratunku będzie naznaczone
całe jej życie. Dla reszty bohaterów - głównie gangsterów, cyngli, bossów etc.,
ale też i dziennikarza, agenta CIA i im podobnych, zamieszanych w wydarzenia -
częściej to życie naznaczone będzie śmiercią, przed którą nie uciekną.
Jak zatem widać, „Krótka historia siedmiu zabójstw”
nie jest taka, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Zaczynając od tytułowej
„obietnicy” jej objętość to blisko 750 stron, a treść nie jest rekonstrukcją
faktów z zamachu na Marleya (chociaż fakty te, oczywiście, relacjonuje). Nie
jest także sensacyjną opowieścią wyrastającą na gruncie prawdy, która chce
opowiedzieć to, co dzieje się za granicami, chociaż ma w sobie dużo z takiej
właśnie historii. Czym zatem jest? Oczywiście poza połączeniem wszystkiego
powyższego? Przede wszystkim przejmującym portretem Jamajki lat 70. (chociaż
nie tylko, wraz z upływem czasu przekroczone zostają granice kontynentów),
gdzie pełna nadziei muzyka mieszała się z dymem marihuany, narkotykami,
prostytucją, korupcją, egzystencją gangów, morderstwami i zbrodniami innego
kalibru. Wszystko tutaj jest brudne, smutne, mroczne… Czy to codzienne życie w
biedzie, czy „wielka” polityka, czy też może dziennikarska praca, nad wszystkim
wisi cień czegoś tragicznego. Fakty i fikcja, teorie i domysły, splatają się
tutaj w jedną dziwną całość, która odpycha i fascynuje, czasem urażając, czasem
skłaniając do myślenia, to znów przerażając.
Nie ma tu łatwych odpowiedzi. Nie ma jednego punktu
widzenia. Marley raz jawi nam się niczym mesjasz, którego mit podtrzymywany
jest przez liczne zakłamania (jak chociażby, że jego zamachowcy giną od 56
strzałów, czyli dokładniej takiej samej ilości, jaką oddano do niego i jego
towarzyszy w noc zamachu), raz jako szemrany typek mocno powiązany z lokalnymi,
rywalizującymi ze sobą gangami, to znów jako polityczny mediator. Zamach na
niego, chociaż widzimy, jak wydarzenia do niego zmierzają, jest motywowany i
opisany w zasadzie niejasno, ogólnie, jakby dla podkreślenia tego, że to ludzie
i ich losy są ważne, a nie samo wydarzenie - ono jest jedynie katalizatorem
wszystkiego, a może bardziej spiritus movens wszystkich wydarzeń. A wszystko,
jak w metatekstualnej soczewce odbija się w finałowej części, rozpisanej już na
niewiele postaci, ale ciekawie podsumowującej i dopowiadającej wszystko, bez
jednoczesnego wykładania wszystkiego czarno na białym, czego w pewnym momencie
zacząłem się obawiać.
Stylistycznie powieść balansuje na bardzo wielu
stykach. Mamy więc narrację pozagrobową i tą zwyczajną także, perspektywa
zmienia się wraz z bohaterami, a każdy z nich mówi charakterystycznym dla
siebie językiem. Bywa zatem literacko w pełni tego słowa znaczeniu (w końcu
jeden z bohaterów Jamesa też pisze), ale na stronach mamy przede wszystkim do
czynienia z brutalnym, potocznym, że aż czasem prostackim językiem ulicy i
biedy (jest taki moment w książce, gdy jeden z bohaterów mówi pisarzowi, że o Jamajce nie powinno się pisać ładnymi zdaniami, bo tam jest na to za brzydko i to często w powieści się odbija). Nie brakuje więc kontrowersji, a zarazem powieść Marlona Jamesa skłania
do myślenia. Najważniejsze jednak pozostaje wierne oddanie czasów, ludzi i
wszystkich drobnostek z tym związanych połączonych w dziwny, ale intrygujący
kolaż, który przez większość czasu opowiada po prostu o życiu, ale kiedy
zaatakuje nas jakimś mocniejszym elementem (sceny wieszania, czy zakopywania
żywcem człowieka, opisywane z perspektywy ofiary, która nawet nie potrafi
pozbierać myśli albo atak na ćpuńską melinę, gdzie dziewczyna nadal próbuje
dokonać fellatio by zdobyć narkotyki, nawet nie zauważając w swoim stanie, że
obiekt jej działań właśnie skończył z kulką w głowie) zostaje to z nami na
długo.
I sama powieść też zostaje. Wymaga od czytelnika,
ale w zamian przeciąga nas przez brud i wszystko, co w ludziach najgorsze w
sposób, który nie pozostawia obojętnym. I przy okazji jest tak mocne, często
tak (m.in.) rasistowskie, że gdyby napisał to biały autor, mielibyśmy konkretny
skandal (ale to jedynie podkreśla realizm całości i pokazuje, jak autor niczego
nie zamierza ułagadzać). A chociaż James zmienia nazwiska (choćby Josey to w
rzeczywistości Lester Lloyd Coke, a w Claudie'em Massopie bez trudu
odnajdziecie powieściowego Pape Lo) i nazwy choćby gangów, cały czas czuć tutaj
prawdę stojącą za wydarzeniami. I chociaż dzieją się tu rzeczy, które czasem
trudno sobie wyobrazić, wiemy, że to jednak naprawdę się wydarzyło i sama ta
świadomość swoje robi.
W kontekście tego, kto dostał tegoroczną Nagrodę Nobla, książka pewnie stanie się popularna :)
OdpowiedzUsuń