WOLNA
NIEAMERYKANKA
Duet Alan Grant i John Wagner, choć kultowy, nie należy
do szczególnie wybitnych. Przynajmniej w moim odczuciu. Napisali kilka słynnych opowieści, w tym wielbiony w
Polsce album „Batman / Sędzia Dredd: Sąd nad Gotham” (który wart był poznania
jak dla mnie głównie dla ilustracji Simona Bisleya), jednak niewiele naprawdę dobrych. Kilka
jednak im się udało i „Lobo: Nieamerykańscy gladiatorzy”, który obchodzi ćwierćwiecze swojej polskiej premiery, właśnie do nich
należy. Bo to zadziwiająco udana miniseria, może nie wybitna, ale należąca do
czołówki najlepszych komiksów z tej serii wydanych w Polsce. I jeszcze ta
obłędna okładka Mike’a Mignoli…
Ale po koli. Na początek, tradycyjnie, kilka słów o
fabule.
Oto nadchodzi niebywała okazja dla psycholi i
morderców: zorganizowany zostaje bowiem Teleturniej Rzeźnika. Na planecie Mondo
Carno zjawiają się najwięksi mordercy we wszechświecie, by w serii krwawych
zadań wykańczać się nawzajem w walce o cenne nagrody (w tym całą planetę np. do
wymordowania tylko dla nich). A wszystko to, oczywiście, ku uciesze telewidzów.
Zjawia się tam też Lobo – jakżeby inaczej – a jego dawny szef Vril Dox wiąże z
jego pojawieniem się tam konkretne plany. Jakie one są? Niezależnie od tego,
pewne jest tylko jedno: rzeź będzie wielka, krwawa, dynamiczna i szalona…
Oto jeden z najlepszych „Lobo” wydanych w naszym
kraju. Zapowiada to już okładka w wykonaniu samego Mike'a Mignoli, twórcy „Hellboya”
(ach gdyby całość była tak narysowana…), ale środek również nie zawodzi. Cam
Kennedy nie jest tu co prawda w takiej formie, jak np. w starwarsowej opowieści
o Bobie Fett’cie, ale jego prace, proste, lekko kanciaste, a jednak nastrojowe,
wypadają o wiele lepiej, niż choćby w drugiej części „Batmana / Sędziego Dredda”.
Tam psuł je kolor, tu barwy są stonowane i klimatyczne i nawet jeśli brakuje tu
prawdziwej konkretnej jatki – o dziwo, jak na taki temat rzeź jest tu bardziej
umowna i wcale nie brutalna – całość ogląda się przyjemnie, a na stronach
panuje ciekawy nastrój.
Jeśli chodzi o scenariusz, jak to w najlepszych
komiksach o naszym rzeźniku nie jest tylko pustą, krwawą rozrywką, a satyrą
komiksową niezłej próby. Satyrą na amerykański styl życia i... komiksy. Więcej
nie zdradzam, ale wiedzcie, że mimo braku odkrywczości, zabawa jest znakomita,
a „Nieamerykańscy gladiatorzy” gwarantują, że nie będziecie się nudzić, a czarny
humor i brak poprawności politycznej zapewnią Wam oczyszczający śmiech.
Dlatego, jeśli lubicie mocne, satyryczne (sporo tu żartów z Marvela chociażby) komiksy,
polecam ten tom Waszej uwadze. „Lobo” nie przypadkiem stał się tak kultowy, a
chociaż połowa wydanych w naszym kraju tomów nie jest szczególnie warta uwagi,
jest wśród nich kilka perełek. I właśnie je warto odszuka.




Komentarze
Prześlij komentarz