Armada #4: Talizman demonów – Jean David Morvan, Philippe Buchet

ARMADA SCIENCE FANTASY


Twórcy „Armady” nie zwalniają tempa i z tomu na tom starają się badać najróżniejsze podgatunki fantastyki. Może, żeby bawić się nią - nią i wszystkimi tymi pochłanianymi przez dekady motywami, które kochali - a może żeby wyeksploatować w temacie wszystko co się da i żeby każdy fan gatunku znalazł w nim coś dla siebie. Pewnie oba te powody.  Efekt jednak jak zwykle jest udany, choć może nieco mniej, niż poprzednia odsłona, a całość tradycyjnie robi spore wrażenie.


Kolejna misja Armady przenosi Navis, tym razem z towarzyszącą jej drużyną, na planetę, której stopnień rozwoju przypomina ziemskie średniowiecze. Ale takie średniowiecze rodem z fantasy, takie magiczne, z zamkami, smokami, wojownikami i całą resztą. Świat zamieszkany przez wiele ras, gdzie te najstarsze dzierżą władze, podczas gdy młodsze są jedynie siłą roboczą. Świat, w którym robotnicy i niewolnicy podjęli w końcu bunt i...
Co w takim miejscu robią nasi bohaterowie? Uczestnicy poprzednich wypraw zniknęli  ktoś musi ich znaleźć, a każdy z ekipy Navis ma za zadanie zająć się jednym z zaginionych i spróbować dowiedzieć się wszystkiego na temat tego, co go spotkało. Co tu jednak czeka na nich samych?


Może i „Talizman demonów” to rzecz odrobinę słabsza, od znakomitego albumu „W trybach rewolucji”, co już zresztą wspominałem, niemniej jednak wciąż to kolejny bardzo dobry tom „Armady”, jednej z najpopularniejszych europejskich serii komiksowych. Scenariusz to właściwie klasyczna robota science fantasy, dynamiczna, pełna akcji, niezwykłości, spektakularnych walk, zamków, dzielnych wojowników i tym podobnych elementów. Dzieje się tu dużo i szybko, choć wydawałoby się, że na 48 stronach niewiele w zasadzie można zbudować. Autorom jednak udało się stworzyć dobrą fabułę, która przenosi nas do niesamowitego świata, gdzieś w kosmosie – pod tym względem rzecz przypomina „Lanfeutsa z Troy” – gdzie ożywają dziecięce fascynacje każdego z nas. A wszystko to wypełnia elementami, które w gatunku i serii lubimy, cenimy i mamy na nie ochotę. Jest też odrobina satyry, pewnego przesłania, komentarza, podważania uczuciowości Armady, przede wszystkim jednak jest dobra, wciągająca rozrywka z wyrazistymi postaciami i dobrze nakreśloną, charakterną Navis.


Do tego dochodzą absolutnie rewelacyjne ilustracje. Realistyczna i szczegółowa kreska, w której – szczególnie jeśli chodzi o twarze bohaterów – widać pewne mangowe naleciałości, w wyśmienitym stylu oddaje charakter dzieła, a już sceny walk i te, ukazujące zamek w pełnej krasie, to prawdziwe mistrzostwo, ukazujące niemal maniakalne przywiązanie artysty do detali. Album tym razem nie jest tak mroczny, jak poprzedni, niemniej jasna, kolorowa estetyka doskonale do niego pasuje. I tylko ci, którzy liczyli na powrót większej dozy erotyki mogą być nieco zawiedzeni.


Ale nie zawiedzie się nikt, kto ceni sobie dobre komiksy. Nie ważne czy zna poprzednie części (jeśli nie, szybko zechce je nadrobić), czy jednak jakimś cudem go ominęły. „Armada” każdemu miłośnikowi dobrej fantastyki da to, czego ten oczekuje.

Komentarze