Liga niezwykłych dżentelmenów, tom 2 - Alan Moore, Kevin O'Neill

WOJNA ŚWIATÓW


Pierwszy tom „Ligi niezwykłych dżentelmenów”, chociaż rewelacyjny, pozostawiał jeszcze spore pole do popisu na przyszłość. I to pole doskonale wykorzystał tom drugi. Zamiłowanie Moore’a do zabaw historycznymi faktami i elementami literatury fantastycznej i awanturniczej z XIX i XX wieku już wtedy zapewniało wyśmienitą rozrywkę zorientowanym w nich czytelnikom, jednak tom drugi, pokazuje, ile jeszcze tkwi w tym potencjału. Jaka magia, jaka siła i zachwyt jaki wzbudzić potrafi to wszystko. No cudo, po prostu cudo, także pod względem graficznym. I jednocześnie rzecz w bardzo satysfakcjonujący sposób kończąca pewien etap losów Ligi, dając nam domknięcie otwartych dotąd wątków.


Liga niezwykłych dżentelmenów została sformowana by powstrzymać konkretne zagrożenie. Teraz, kiedy im się to udało, wydaje się, że mogą spokojnie odpocząć, ale niestety. Na Ziemię przebywają wrogo nastawione istoty z Marsa i zaczynają eksterminację ludzi. Wydaje się, że nic nie jest w stanie powstrzymać tak zaawansowanej techniki. Liga znów musi wkroczyć do akcji, ale jak mają znaleźć sposób na wroga, którego nawet nie rozumieją? A tym bardziej nie są w stanie dorównać mu żadną ze znanych nam broni?


Pierwszy tom „Ligi niezwykłych dżentelmenów” był miksem niezliczonych motywów, postaci i wątków z wiktoriańskich dzieł (i nie tylko, skoro pojawiała się postać Bonda). Moore starał się zawrzeć tam wszystko to, co wyssał z popkulturowym mlekiem matki, od opowieści o Kubie Rozpruwaczu (temat ten zaowocował w jego przypadku też genialnym albumem „Prosto z piekła”), przez Sherlocka Holmesa i „Draculę”, po powieści Juliusza Verne’a. Było to fascynujące, ale jednocześnie nie dla każdego, bo poza wielkimi, znanymi dziełami odnosił się do całego multum tanich opowiastek, w Polsce nigdy nawet nie wydanych. W tomie drugim też tego nie brak, a Moore nadal sięga do klasyki powieści przygodowej i fantastycznej z przełomu XIX i XX wieku, jednak jednocześnie koncentruje się na konkretnych wątkach, bardziej pasujących do jednej spójnej fabuły, którą łatwiej jest zachwycić się nawet odbiorcom w klasyce niezorientowanym.


To, co stanowi motyw przewodni tej historii, to atak Marsjan z „Wojny światów”. Oczywiście na tym tle dzieje się o wiele więcej, bo na miłośników podobnych elementów czeka tu bogactwo nawiązań zarówno do prozy Wellsa, jak i przygód Johna Cartera czy nawet „Alicji w krainie czarów”. Wszystko to składa się na pełną akcji opowieść, w której groza, humor, fantastyka i przygody przecinają się ze sobą na iście metafikcyjnym poziomie, gdzie zabawa konwencją, historią, smaczkami i popkulturą staje się równie ważna, co samo snucie opowieści. I to wszystko zachwyca na każdym poziomie.


Do tego dochodzi tradycyjnie znakomita szata graficzna, niby prosta, ale kojarząca się z grafikami przygotowywanymi do wiktoriańskich gazet i robiąca gigantyczne wrażenie (epicka, klimatyczna robota, którą się podziwia, co tu dużo mówić), a także rewelacyjne wydanie. Moore poza komiksem serwuje nam tu multum dodatków, w tym quasi historyczną relację z odkrywania niezwykłej strony świata spisywaną zarówno przez poprzedników Ligi niezwykłych dżentelmenów, jak i Minę, dzięki czemu poznajemy ważne informacje o dalszych losach jej i Allana, reklamy czy żarty z XIX-wiecznych brukowców, a na deser mamy nawet grę planszową. Wszystko ku uciesze czytelników, którzy mają po prostu dostać dobrą, czystą rozrywkę – prostą, ale z nutą czegoś ponad. I właśnie to dostają. Pyszna zabawa gwarantowana.

Komentarze