Mega Marvel #11-12: Avengers: Ex Post Facto - Bob Harras, Steve Epting


POST PHOENIX


„Avengers: Ex Post Facto” to ważna opowieść o Mścicielach. Nie tylko na polskim rynku. Nad Wisłą był to pierwszy komiks z ich udziałem i jednocześnie pierwszy i jedyny „Mega Marvel”, który rozbity został na dwa tomy. Poza tym była to po prostu także kolejna epicka saga z Avengersami, która czytelnikom za wielką wodą dostarczyła sporej dawki niezłych przeżyć i stała się już rzeczą może nie kultową, ale bliską temu statusowi. Niestety w Polsce jednocześnie równie wielu czytelników zachwycało się nią, co i mieszało z błotem. A jak odbieram ją ja? Doceniam, bo świetna jest i na pewno mam spory sentyment, ale nie wszystko tu do mnie trafia.


Gatherers, przypominająca Avengers grupa łotrów, podróżuje pomiędzy wymiarami mordując alternatywne wcielenia Mścicieli. Ale dlaczego właściwie to robią? Avengersi próbują rozwikłać tę zagadkę, jednocześnie zmagając się z problemem boskiej mocy Sersi, która może okazać się dla nich prawdziwym przekleństwem. I to jeszcze jakim...


„Ex Post Facto” (czy jak chce tego rozpisany na ponad trzydzieści zeszytów oryginał „Gathereres Saga", skąd wzięto polski tytuł nie wiem, bo w oryginalnych materiałach nigdzie taka nazwa nie pada) to komiks, który swego czasu chyba najbardziej podzielił polskich czytelników komików TM-Semic. Jedni byli nim zachwyceni, inni odżegnywali od czci i wiary, bo trudno było im się w tym wszystkim bez szerszego kontekstu połapać, a wydawca opowieść rzucił bez przygotowania do niej czytelników. Ja w latach 90. przeczytałem tylko pierwszy z dwóch tomów, który w moje ośmioletnie wówczas dłonie trafił (jako pierwszy „MM" zresztą) w dość trudnym czasie. Nie ciągnęło mnie jednak by poznać jego ciąg dalszy, nie że znudziła mnie ta opowieść, ale nie porwała, wydała się też nieszczególnie oryginalna, chociaż nie znałem wówczas niemal wcale losów postaci i uniwersum Marvela i na tym by się skończyło, gdyby nie lata później pojawiła się okazja przeczytania całości i…


No cóż, w pewnym sensie wtórny scenariusz to pierwsza rzecz, która mi zgrzyta, kiedy myślę o tej opowieści. Ale tylko w pewnym stopniu. bo jednak odgrzewany kotlet to to nie jest, a dzieje się tu dużo, akcja pędzi i pędzi, a i są momenty, które potrafią zafascynować czy porwać . Zresztą nie da się nie docenić choćby powagi, skupienia się na postaciach i dość dużej dawki emocji. Byłoby jednak lepiej, gdyby postawić na nieco bardziej odkrywczą treść, bo ta całymi garściami czerpie zarówno z wcześniejszych dokonań Marvela („X-Men: Saga Mrocznej Phoenix”), jak i DC („Kryzys na nieskończonych Ziemiach”). Nie jest w tym pierwszą ani ostatnią, ale zawsze wywołuje to u mnie pewne zgrzyty, bo to charakterystyczne historie, a ich wątki są nadmiernie eksploatowane. Tu na szczęście scenarzysta robi w sposób naprawdę dobry, bo dobrze wypada psychologia postaci czy wątki obyczajowe, a całość ma też klimat i to przyjemne, typowe dla komiksów z tamtych lat ponuractwo.



No i są jeszcze absolutnie znakomite rysunki. Kreska jest dość typowa dla lat 90. XX wieku, całkiem realistyczna, brudna, uzupełniona o stonowany kolor i mile wpadająca w oko. Nie wybitna, ale budująca naprawdę udany klimat, jaki panuje na stronach - no i patrząc na dzisiejsze komiksy aż żałuje się, że nie mamy więcej rysowanych tak, jak ten, gdzie wszystko miało w sobie siłę i charakter. I choćby dlatego warto, jeśli macie obiekcje co do treści. Ale warto też i fabularnie, bo mimo pewnego mojego sarkania, wypada lepiej, niż wydawane obecnie opowieści o Avengers. Zresztą dla mnie to wciąż topka histiorii o nich, z fajnym, nieoczywistym, składem i dobrym iskrzeniem w ekipie. I tylko szkoda, że „Ex Post Facto” nie wydano dotąd bardziej kompleksowo, z szerszym kontekstem fabularnym, bo wtedy wypadłoby jeszcze ciekawiej i jeszcze lepiej.

Komentarze