W związku ze wznowieniem tej opowieści w kolekcji „Wielkie
pojedynki”, jaka pojawiła się w sieci Carrefour, postanowiłem wrócić do niniejszego „Mega
Marvela”. Swego czasu była to pierwsza i na długi czas jedyna solowa opowieść z
Kapitanem Ameryką dostępna na polskim rynku. Jednocześnie była to opowieść
dobra. I chociaż teraz, lata potem, gdy mamy za sobą takie legendarne historie,
jak „Zimowy żołnierz”, „Śmierć Kapitana Ameryki” czy „Tajne Imperium”, można
wahać się czy warto, „Operacja odrodzenie” wciąż wypada bardzo dobrze i z przyjemnością
się do niej wraca. Albo odkrywa po raz pierwszy.
Kapitan Ameryka zapadł na tajemniczą chorobę, a
potem zniknął w niewyjaśnianych okolicznościach. Teraz zaś, mimo
nieodnalezienia ciała, odbywa się jego symboliczny pogrzeb. Pogrzeb legendy,
której nikt nie zastąpi.
Ale czy ktoś musi? W tajemniczym kompleksie Kapitan
Ameryka powraca do zdrowia i życia, ocalony przez swego największego wroga. Teraz
czeka go nie lada wyzwanie i sojusz, jakiego nikt by się po nim nie spodziewał.
Dokąd go to zaprowadzi?
„Mega Marvel” miał to do siebie, że prezentował
opowieści nie zawsze tak, jakby tego chcieli fani i jakie były założenia. Ta linia
wydawnicza miała jeden cel: przedstawić nam zamknięte, reprezentacyjne historie
z danymi bohaterami, często na polskim rynku dotąd nieznanymi. Jak pamiętacie,
różnie z tym bywało. Czasem dostawialiśmy perełki („Weapon X”, „Daredevil”),
czasem komiksy, które ciężko było uznać za szczególnie dobre. W przypadku „Kapitana
Ameryki” można było wybrać wiele bardziej sztandarowych pozycji, tym bardziej,
że „Operacja Odrodzenie” była dość mocno związana z innymi historiami. A jednak
okazała się dobrym wyborem.
Dlaczego? Mark Waid zaczyna swoją opowieść
trzęsieniem ziemi. Pogrzeb Kapitana, z jednoczesnym jego odrodzeniem wrzuca nas
w sam środek szalonej akcji, której sens odkryć musi i nasz flagowy bohater, i
my sami. Wszystko jest tu wyjaśnione, czytelnicy poznają też bliżej samego Kapitana
Amerykę, jego historię, wrogów i ideały i jednocześnie dostają zadziwiająco udaną
opowieść, gdzie szybka akcja i widowiskowe sceny przeplatają się z rozważaniami
na temat bohaterstwa i kilkoma nieoczywistymi momentami.
Waid nie serwuje nam tu co prawda wybitnej, przełomowej
opowieści, ale jest to rozrywka na naprawdę dobrym poziomie, z nutą czegoś
ponad. Nieźle narysowana – Garney co prawda zaczyna tom dobrymi grafikami, ale
im bliżej końca, tym bardziej niechlujne się one stają – po dziś dzień stanowi
opowieść naprawdę wartą poznania. I trudno przy jej czytaniu nie odnieść
wrażenia, że potem twórcy sporo z niej czerpali, choćby Brubaker tworząc swój
przełomowy i ceniony run, który od pewnego czasu regularnie czytamy po polsku.




Komentarze
Prześlij komentarz