Wszystko zwiastowało, że ten film będzie porażką. Po
śmierci Wesa Cravena, który miał wyreżyserować zarówno piąta, jak i szóstą
część, wydawało się, że nikt nie zdoła zastąpić go w tej roli. Co gorsza
scenariusza tego filmu nie napisał Kevin Williamson, a to właśnie jego
postmodernistyczne fabuły ratowały cały „Krzyk” – trzecia część, gdy zastąpił
go inny scenarzysta, albo seriale, w których Williamson prawie wcale się nie
udzielał, są na to najlepszym dowodem. A jednak okazało się, że nowy „Scream”
to kawał świetnej rozrywki, która godnie podejmuje temat i dostarcza mocnej,
krwawej zabawy miłośnikom slasherów.
Wydawało się, że ze zbrodniami w Woodsboro już
koniec. Niestety, gdy nadchodzi dwudziesta piąta rocznica zbrodni dokonanych
przez Stu i Billy’ego, miastem znów wstrząsa tragedia. Do walki z mordercą
stanie teraz nowe pokolenie, również spokrewnione z uczestnikami poprzednich
masakr, ale powróci też stara gwardia. Nie wszyscy jednak wyjdą z tej konfrontacji
cało…
Nowy „Krzyk” jest udany, bo tak, jak stare części bawiły
się zarówno slasherowymi schematami i zasadami, jak i własną metafikcją, tak
ten bawi się schematami samego „Krzyku”. Jednocześnie, chociaż to przede
wszystkim postmodernistyczna rozrywka stanowiąca gatunkowy pastisz, tak samo
jak klasyczne części pozostaje po prostu dobrym, krwawym horrorem, gdzie jest
akcja, zagadki, napięcie i klimat. Czyli dokładnie to, co być powinno.
Czy ta część zaskakuje? I tak, i nie. Twórcy porwali
się tu na coś, czego dotąd właściwie nie było, czyli naruszenie nietykalności
czołowych bohaterów. W „Krzyku” nigdy nie bano się uśmiercać ważnych postaci,
czego najlepszym dowodem jest druga część filmowej serii. Teraz autorzy poszli
jeszcze dalej, a my dzięki temu dostajemy kilka naprawdę świetnych, a momentami
również emocjonalnych scen. W szczegóły nie chcę tutaj wchodzić – i tak już
zresztą powiedziałem z dużo – ale dzięki zarówno tym momentom, samej akcji, jak
i nawiązanym, film ogląda się znakomicie.
Jedną z niezaprzeczalnych atrakcji, obok takich
rzeczy, jak tożsamość i motywy Ghostface’a albo Ghostface’ów, zdecydowanie są reguły.
Pierwszy „Krzyk” odsłaniał przed nami zasady rządzące slasherami, drugi skupiał
się na sequelach, trzeci horrorowymi trylogiami, a czwarty rebootami / remake’ami.
Piąty to zaś kontynuacja trendy obśmiewania i punktowania zasad rebootów
franczyz i nowych horrorów, z nastawieniem na tzw. requele. Momentami celna i zabawna, chociaż jednocześnie
nastrojowa i zapewniająca odpowiednio mocne wrażenia.
W skrócie, dobra kontynuacja kultowej franczyzy i równie dobre otwarcie nowego rozdziału serii. Trochę żal, że niektóre postacie nie wróciły, na szczęście wróciło parę innych. A perspektywy na przyszłość wyglądają ciekawie. Warto więc obejrzeć ten film i czekać na ciąg dalszy.


Komentarze
Prześlij komentarz