Lepsi wrogowie Spider-Mana – Nick Spencer, Steve Lieber

ZŁOWIESZCZA PIĄTKA?

 

Ci, którzy czytają najnowszy volume „Amazing Spider-Mana” na polskim rynku – mowa o runie Nicka Spencera – wiedzą, że okazał się sporym zawodem. Kiepskie żarty, słabe, wtórne pomysły, nieszczególnie udana szata graficzna. Patrząc na to, że jest on również scenarzystą niniejszego albumu, można by uznać, że nie warto po niego sięgać. Ale nic bardziej mylnego, „Lepsi wrogowie Spider-Mana”, chociaż na rynku pojawiają się zdecydowanie za późno, to naprawdę znakomita i warta polecenia nie tylko fanom Spider-Mana opowieść.

 

Miała być złowieszcza szósta. Jest piątka. Bumerang, Shocker, Overdrive, Speed Demon i Beetle to nawet nie drugoligowi łotrzy, a zwyczajni nieudacznicy półświatka. Łączy ich jedno, nienawidzą Spider-Mana, ale czy nawet wspólnymi siłami mogą coś na to poradzić?

 

W roku 2012 w 700 zeszycie serii „Amazing Spider-Man” Doc Ock przeniósł swoją jaźń do ciała Spider-Mana, Spider-Manowi pozwalając umrzeć w swoim konającym ciele, a potem przejął jego rolę, jako brutalniejszy, lepszy Pajęczak. Jeszcze mocniej jego status quo zmienił się po trzynastym zeszycie serii „Superior Spider-Man”, a wraz z tym momentem nadszedł czas na wprowadzenie nowych tytułów. W ramach tzw. akcji „Superior Spider-Month” na rynku pojawiły się np. „Superior Spider-Man Team-Up”, mini-seria „Superior Carnage” i właśnie „Lepsi wrogowie Spider-Mana”. I jaka jest to seria?

 

Cóż, jak po Spencerze możecie się spodziewać, zabawna. Absurdalna wręcz. Ale nie taka, jak „Amazing Spider-Man” tego scenarzysty. W „Amazingu” humor jest kiepski, przesadzony i nie pasuje do treści. Tu, w tej pobocznej serii, skupionej na postaciach-nieudacznikach, nawet jeśli bywa taki, jak tam, nadaje się do całości bardzo dobrze. Jakby tego było mało Spencer nie zapomina o udanej stronie obyczajowej, serwuje nam też wcale nie taką prostą treść, jak można by się po nim spodziewać, a nawet sporo zaskoczeń, nieoczywistości i przyjemnej akcji. Oryginalności wiele tu nie ma, niemniej wszystko podane jest z wdzięcznością i urokiem, który mnie kupił.

 


I kupiła mnie szata graficzna. Prosta, cartoonowa, ale jednak przyjemna dla oka kreska Libera i bardzo oszczędny kolor, doskonale do niej pasujący, naprawdę wpadają w oko. A na koniec mamy jeszcze świetne wydanie w twardej oprawie. Co prawda można mieć wątpliwości czy jest tu tytuł pasujący do kolekcji „Klasyka Marvela”, bo klasycznym ciężko go nazwać, ale nie mam wątpliwości, że poznać go warto.

 

Dobrze więc, że pojawił się na polskim rynku. Szkoda, że nie wcześniej, kiedy seria „Superior Spider-Man” była wydawana nad Wisłą – wtedy czytałoby się go jeszcze przyjemniej – ale, jak to mówią, lepiej późno niż wcale. A że jest naprawdę dobry, warto było na niego czekać.

Komentarze