Nowy tom „Dragon Balla Super” to rzecz dokładnie
taka, jakiej mogliście się spodziewać. Co to znaczy? Że dostajemy po prostu
kolejną porcję walki. Dynamicznej, szalonej, typowej dla serii, ale
jednocześnie przełamanej porcją humoru, za sprawą powrotu Jaco i kilku
intrygujących momentów, kiedy na scenę znów wkracza ojciec głównego bohatera.
Walka z Heeterami trwa! Gdy Granola kończy
najprawdopodobniej zabity przez przeciwnika, wydaje się, że nie ma już żadnej
nadziei. Ale wtedy Vegeta przekazuje Gokū resztki swej energii, a ten znów
staje do pojedynku. Tylko czy ma szansę? Siłowo nie, ale przecież mogą istnieć
techniki, których wróg nie zna. Pozostaje jednak pytanie czy to wystarczy…
Ten tom rozbity jest właściwie na dwie części. Jedna
z nich to czysta walka, gdy raz jedna strona dostaje po mordzie, raz druga,
akcja pędzi na złamanie karku, dewastowane są coraz większe połacie terenu, a
my dobrze się bawimy, chociaż czytamy to już po raz n-ty i właściwie to starcie
nie różni się niczym od innych jemu podobnych. Ale na tym właśnie polega siła
shounenowych bitewaniaków, które serwując nam wciąż to samo, są w stanie
zachować poziom i wciągnąć czytelnika. Wiem, że pisałem dokładnie to samo raz
za razem, jednak trudno w tym wypadku powiedzieć coś innego. A tym trudniej coś
świeżego, nowego czy jakkolwiek odkrywczego.
Ale potem dochodzi do tego humor związany z Jaco,
który tak wiele wnosi do opowieści. Akcja wówczas nie zwalnia, ale przełamują
ją dowcipy, udane, nawet jeśli czasami niesmaczne. Mamy tu puszczanie oka do
fanów (sceny z wanną), mamy też dalece bardziej popkulturowe nawiązania
(przeciwnik wpadający w wóz z gnojem to wypisz wymaluj scena z „Powrotu do
przyszłości”). A wszystko to łączy się z sentymentami i odkrywaniem
przeszłości. No i – uwaga spoiler – Gokū ma szansę zobaczyć w akcji swojego
zmarłego ojca i przypomnieć sobie to i owo z dzieciństwa. A to naprawdę miły
akcent, szczególnie dla tych, pamiętających OVA z Bardockiem w roli głównej.
I właśnie to te rodzinne wątki są jednym z
najlepszych, co seria „Super” ma obecnie, a może nawet i od samego początku do
zaoferowania. Właściwie obok momentów z Jaco to chyba moje ulubione sceny w
całej serii. Coś, co dodaje jej świeżości, stanowi przełamanie typowo
bitewniakowych schematów, które obciążają cykl i zapewnienie nam nieco
ciekawszego zaplecza obyczajowego, połączonego ze sporą dozą dramatyzmu.
Oczywiście walenie się po mordach też tu jest, akcja pędzi na złamanie karku, a
szata graficzna jest miła dla oka. Bo Toyotarou zachowują charakter prac
Toriyamy, z jednoczesnym dodaniem do niego większej ilości detali czy
zagęszczenia kadrów.
Słowem podsumowania: warto. Wciąż, nadal, zawsze.
„Dragon Ball” to klasa sama w sobie i rzecz, która się nie starzeje, ani tym
bardziej nie zawodzi. Ja uwielbiam serię i wracam do niej ciągle, chociaż wciąż
serwuje mi dokładnie to, co już znam. Bo i jednocześnie wciąż potrafi nas czasem
czymś pozytywnie zaskoczyć, jak robi to w tym tomie.




Komentarze
Prześlij komentarz