Narodziny Floty #1: Awangarda - Jack Campbell

FLOTA… PRZED FLOTĄ

 

Przez lata dość konsekwentnie omijałem „Flotę” i kolejne serie ją rozbudowujące. Nadmiar fantastyki, połączony z rozczarowaniem większością współczesnych dzieł science fiction po prostu nie mógł zadziałać inaczej. W końcu jednak w moje ręce trafiły pierwsze dwa tomy „Narodzin floty” i, o dziwo, okazały się przyjemnym, pozytywnym zaskoczeniem. I nawet jeśli nie znacie całej reszty serii warto po tę sięgnąć, tym bardziej, że znajomość cyklu nie jest w tym wypadku konieczna.

 

Ludzie podbijają wszechświat. Wynalezienie napędu skokowego otwiera nieznane im dotąd możliwości podróżowania po kosmosie z prędkością nadświetlną, to zaś prowadzi do podboju kosmicznej przestrzeni, zakładania kolonii w różnych, dotąd niedostępnych światach, a wszystko ulega zmianie. Ale, oczywiście, pojawiają się problemy.

 

W jednej z młodych kolonii zaczyna się robić niebezpiecznie, kiedy inny ze światów dopuszcza się ataku na nią. Pomoc w tej sytuacji mogą przynieść tylko były oficer gwiezdnej floty Robert Geary oraz ex szeregowa piechoty kosmicznej, Mele Darcy. Problem w tym, że wróg ma przewagę na każdym polu – liczebną, bojową, techniczną – a ta dwójka jedynie garstkę ochotników i improwizowane uzbrojenie. Dlatego potrzebują pomocy Czerwońca i Lochana, których starania mogą albo doprowadzić do narodzić przyszłego sojuszu obronnego, albo skończyć się prawdziwą tragedią, jaka pogrąży w wojennej zawierusze wolne dotąd i spokojne regiony kosmosu…

 

„Awangarda”, pierwszy tom „Narodzin floty” albo, jak kto woli, „Genezy floty” to już szesnasta powieść osadzona w świecie jego serii „Zaginiona flota”. Na cykl, jak dotychczas składa się sześcioczęściowa seria główna i cykle z nią powiązane. „Geneza” zaś to, jak wskazuje już sam tytuł, trylogia stanowiąca prequel dotychczasowych książek, ukazujący nam najwcześniejsze chronologicznie wydarzenia. Dzięki temu usatysfakcjonowani są zarówno fani, jak i nowi czytelnicy, którzy od tego momentu chcieliby zacząć swoją przygodę z serią Jacka Campbella. A „usatysfakcjonowani” jest w tym wypadku jak najbardziej trafnym określeniem.

 

Bo „Awangarda” jest powieścią dobrą. Świadczy o tym już pierwszy akapit, niby stwierdzający rzeczy oczywiste, ale jednak robiący to w świeży sposób. Jest coś w tym podejściu do tematu, jest też coś w samym pisarstwie i nastroju, jaki buduje na stronach, co mnie z miejsca kupiło i wciągnęło. Bo może już wiele było opowieści o kosmicznym konflikcie, walce o pokój, starć z najeźdźcą z innego świata i co tylko w temacie przyjdzie Wam do głowy, a będzie takich przykładów jeszcze trochę, ale siłą tej konkretnej jest przede wszystkim dobre pisarstwo. Bo Campbell widząc doskonale, że nie odkryje tu nic nowego, jeśli chodzi o temat, postanowił coś świeżego znaleźć w słowach wszystko to opisujących i wyszło mu to naprawdę dobrze.

 

Tym lepiej, że to przecież dzieło współczesne, a współczesna literatura wiele straciła na jakości. I że to już szesnasty tom cyklu, więc autor miał pełne prawo wypalić się, tak samo jak wypalić mógł się sam temat. Ze swojej strony nie mogę więc powiedzieć nic innego, jak to, że polecam. Nie znam całego cyklu „Zaginionej floty”, to moje pierwsze spotkanie z serią, nie wiem więc jak tom wypada na tle reszty, niemniej dla mnie osobiście był przyjemnym, udanym doświadczeniem i cieszę się, że poznałem dzięki niemy kawałek tego świata i zaludniających go bohaterów. Nie był to bynajmniej czas stracony, a kilka obrazów z powieści z pewnością zostanie ze mną na dłużej.

 

Recenzja ukazała się też na portalu Sztukater.



Komentarze