Przez lata dość konsekwentnie omijałem „Flotę” i
kolejne serie ją rozbudowujące. Nadmiar fantastyki, połączony z rozczarowaniem
większością współczesnych dzieł science fiction po prostu nie mógł zadziałać
inaczej. W końcu jednak w moje ręce trafiły pierwsze dwa tomy „Narodzin floty”
i, o dziwo, okazały się przyjemnym, pozytywnym zaskoczeniem. I nawet jeśli nie
znacie całej reszty serii warto po tę sięgnąć, tym bardziej, że znajomość cyklu
nie jest w tym wypadku konieczna.
Ludzie podbijają wszechświat. Wynalezienie napędu
skokowego otwiera nieznane im dotąd możliwości podróżowania po kosmosie z
prędkością nadświetlną, to zaś prowadzi do podboju kosmicznej przestrzeni,
zakładania kolonii w różnych, dotąd niedostępnych światach, a wszystko ulega
zmianie. Ale, oczywiście, pojawiają się problemy.
W jednej z młodych kolonii zaczyna się robić
niebezpiecznie, kiedy inny ze światów dopuszcza się ataku na nią. Pomoc w tej
sytuacji mogą przynieść tylko były oficer gwiezdnej floty Robert Geary oraz ex
szeregowa piechoty kosmicznej, Mele Darcy. Problem w tym, że wróg ma przewagę
na każdym polu – liczebną, bojową, techniczną – a ta dwójka jedynie garstkę
ochotników i improwizowane uzbrojenie. Dlatego potrzebują pomocy Czerwońca i
Lochana, których starania mogą albo doprowadzić do narodzić przyszłego sojuszu
obronnego, albo skończyć się prawdziwą tragedią, jaka pogrąży w wojennej
zawierusze wolne dotąd i spokojne regiony kosmosu…
„Awangarda”, pierwszy tom „Narodzin floty” albo,
jak kto woli, „Genezy floty” to już szesnasta powieść osadzona w świecie jego
serii „Zaginiona flota”. Na cykl, jak dotychczas składa się sześcioczęściowa
seria główna i cykle z nią powiązane. „Geneza” zaś to, jak wskazuje już sam
tytuł, trylogia stanowiąca prequel dotychczasowych książek, ukazujący nam
najwcześniejsze chronologicznie wydarzenia. Dzięki temu usatysfakcjonowani są
zarówno fani, jak i nowi czytelnicy, którzy od tego momentu chcieliby zacząć
swoją przygodę z serią Jacka Campbella. A „usatysfakcjonowani” jest w tym
wypadku jak najbardziej trafnym określeniem.
Bo „Awangarda” jest powieścią dobrą. Świadczy o tym już pierwszy
akapit, niby stwierdzający rzeczy oczywiste, ale jednak robiący to w świeży
sposób. Jest coś w tym podejściu do tematu, jest też coś w samym pisarstwie i
nastroju, jaki buduje na stronach, co mnie z miejsca kupiło i wciągnęło. Bo
może już wiele było opowieści o kosmicznym konflikcie, walce o pokój, starć z
najeźdźcą z innego świata i co tylko w temacie przyjdzie Wam do głowy, a będzie
takich przykładów jeszcze trochę, ale siłą tej konkretnej jest przede wszystkim
dobre pisarstwo. Bo Campbell widząc doskonale, że nie odkryje tu nic nowego,
jeśli chodzi o temat, postanowił coś świeżego znaleźć w słowach wszystko to
opisujących i wyszło mu to naprawdę dobrze.
Tym lepiej, że to przecież dzieło współczesne, a
współczesna literatura wiele straciła na jakości. I że to już szesnasty tom
cyklu, więc autor miał pełne prawo wypalić się, tak samo jak wypalić mógł się
sam temat. Ze swojej strony nie mogę więc powiedzieć nic innego, jak to, że
polecam. Nie znam całego cyklu „Zaginionej floty”, to moje pierwsze spotkanie z
serią, nie wiem więc jak tom wypada na tle reszty, niemniej dla mnie osobiście
był przyjemnym, udanym doświadczeniem i cieszę się, że poznałem dzięki niemy
kawałek tego świata i zaludniających go bohaterów. Nie był to bynajmniej czas
stracony, a kilka obrazów z powieści z pewnością zostanie ze mną na dłużej.
Recenzja ukazała się też na portalu Sztukater.


Komentarze
Prześlij komentarz