Masterton lubi Polskę. Tu swoje korzenie w końcu
miała jego żona. Dlatego też o Polsce – czy to tak dosłownie, czy poprzez
drobiazgi w stylu typowo nadwiślańskich dań pojawiających się w tle – pisze
często i z ochotą. W „Bazyliszku” także, wysyłając swoich bohaterów w podróż do
Krakowa. I chociaż nie jest to najlepsza z książek autora, jak zwykle warto po
nią sięgnąć i przekonać się, że mimo wszystko czyta się ją naprawdę dobrze i ma
wiele udanych momentów.
Poznajcie Nathana Underhilla, kryptozoologa, który
bada komórki macierzyste. Ma jeden cel: chce pomóc leczyć choroby, na które
lekarstwa jak dotąd nie wynaleziono. Nie jest to jednak łatwe i wkrótce czeka
go porażka. Ale jednocześnie na horyzoncie pojawia się nadzieja, bo oto podobno
niejaki doktor Zauber, posługując się zapomnianymi praktykami, zdołał ożywić legendarnego
bazyliszka i…
Ale i tym razem wszystko idzie nie tak. Nathan wraz
z żoną konfrontują się ze stworem, jednak kobieta zapada w śpiączkę, a sam
Zauber znika. Mimo to Underhill nie zamierza się poddać i z pomocą pewnej
młodej dziennikarki wyrusza w podróż do Krakowa, w poszukiwaniu szalonego
naukowca. Czy zdoła osiągnąć swoje cele? I czy przetrwa, skoro czeka na niego
bestia, która zabijać potrafi samym spojrzeniem?
Pierwszą książką, w której Masterton pisał o Polsce
było bodajże dziejące się w Warszawie w trakcie powstania „Dziecko ciemności”.
„Bazyliszek” zaś to pierwsze dzieło, które traktuje o Krakowie. Miasto to
zauroczyło autora na początku XXI wieku, nic więc dziwnego, że w końcu, w 2009
roku, wydał o nim powieść. A że zawsze lubił legendy, podania i wszelkie tego
typu rzeczy, oparł ją na historii bazyliszka. Tak zaczął cykl, choć właściwie
należałoby powiedzieć dylogię, bo poza tom drugi seria ta nigdy nie wyszła, traktującą
o przygodach Underhilla, czasem nazywany też mianem „Łowców potworów” i…
… i Masterton ma w swojej karierze lepsze cykle i
lepsze opowieści. Zdarza się. I tak wyszła mu z tego naprawdę przyjemna lektura
z dreszczykiem, tym przyjemniejsza dla nas, Polaków, że osadzona w swojskich
realiach. Owszem, nie cała jej akcja dzieje się w Krakowie, niemniej miasto to
nie jest tylko akcentem, a pełnoprawnym bohaterem „Bazyliszka” i to cieszy. A
Mastertonowi całkiem ten swojski dla nas klimat oddać się udaje. Zresztą to
jeden z mistrzów klimatów i plastycznych opisów, jeśli chodzi o literaturę
grozy i takich scen jest tu sporo.
Czy powieść straszy? Nie mnie, żadna książka nigdy
mnie nie wystraszyła, więc obiektywny nie będę. Ale to bardziej niż taki rasowy
starszak po prostu horror akcji, chociaż mrocznych czy pełnych napięcia elementów
nam nie szczędzi. Minusy? Wszystko jest przewidywalne, czasem mocno naiwne, czasem
przesadzone. Jak to u Mastertona, który czasem potrafi zaserwować nam takie
rzeczy, że przełknąć jest je ciężko. Ale czyta się to szybko i przyjemnie, a
przecież wszelki kicz i naciągane motywy to stały element horrorów, często
przecież jakże pożądany. Bo chcemy się bać, chcemy mocnych wrażeń, chcemy krwi,
seksu, przemocy i paranormalnych niezwykłości, poczucia zagrożenia,
bezpiecznego obcowania z czymś, z czym obcować byśmy nie chciał, a przy okazji
chcemy się zrelaksować, odprężyć, często wyłączyć myślenie – i to nam zapewnia
właśnie Masterton.
I może ma bardziej udane powieści, ale po „Bazyliszka” i tak warto sięgnąć. Nie tylko dla Krakowa. Bo jeśli jesteście fanami horrorów,
tu znajdziecie wszystko to, co lubicie w gatunku. A nawet jeśli nie wszystko
przypadnie Wam do gustu, ogół i tak będzie całkiem pozytywny.
Recenzja opublikowana także na portalu Sztukater.

Komentarze
Prześlij komentarz