Po dwóch niezłych, ale słabszych sezonach „American
Horror Story”, „Hotel” to powrót do bardziej klimatycznej opowieści. Nadal nie
jest to poziom pierwszych dwóch odsłon „AHS”, ale przygody w zamieszkałym przez
duchy i wampiry hotelu zdecydowanie mają swój urok i robią wrażenie, nawet
jeśli pełne są niepotrzebnych wątków i zbytniej prostoty.
Hotel Cortez to miejsce, jakich w Los Angeles
wiele. Przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Placówka bowiem daleka
jest od nowoczesności, nie ma tu zasięgu, a ludzie, którzy się tu zameldowują,
znikają bez śladu.
Właśnie w tym miejscu znajdzie się detektyw John Lowe, kiedy jego życie osobiste zacznie się sypać. Próbując dorwać seryjnego mordercę, policjant naraża na niebezpieczeństwo swoich bliskich, a że już przeżył jedna osobistą tragedię, przenosi się do Cortez, nieświadomy co go tam spotka. Miejsce zamieszkują bowiem wampiry, nie brak też duchów i wszelkiej maści indywiduów, dla których miejsce to stało się swoistym więzieniem. Ale hotel skrywa też inne tajemnice…
Nie jest to najlepszy sezon „American Horror
Story”. Nie jest też najgorszy. Nie jest to też do końca horror, choć nie brak
w nim paranormalnego zła. To bardziej ponura, nastrojowa opowieść obyczajowa,
połączona z thrillerem. Seryjni mordercy, dziwne wydarzenia i krwawe sceny
ustępują tu miejsca osobistym tragediom i fabule komplikującej się coraz
bardziej, niczym w telenoweli. Podstawowym minusem całości są dwie rzeczy.
Pierwsza z nich to wtórność – znów mamy budynek, którego niemal nie można
opuścić, dziwnych lokatorów, duchy, powracających zza grobu morderców, masakrę
w szkole, rodzinne problemy, Halloween (kiedy twórcy stworzą serial, który
dzieje się tylko w trakcie tej nocy? tyle razy wałkowali temat, że by się
przydało), tajemnicza postać niczym człowiek w lateksie itd., itd. Powraca tu
nawet dom z pierwszego sezonu – zresztą wszystkie sezony „AHS” są ze sobą połączone,
choć w nieoczywisty sposób. Drugim minusem jest nadmiar wątków rodem z telenowel.
Ale i tak serial ogląda się świetnie. Ma klimat, ma mnóstwo nawiązań do prawdziwych wydarzeń i osób, wyśmienite aktorstwo – postać Liz Taylor bije na głowę wszystkich pozostałych – i znakomitą muzykę, czego brakowało mi w poprzednich seriach (kawałki takie, jak „Hotel California” czy „Just like honey” idealnie tu pasują). Miłośnicy „American Horror Story” i dobrych thrillerów / horrorów połączonych z urban fantasy będą zadowoleni. świetna, nastrojowa zabawa gwarantowana.

Komentarze
Prześlij komentarz