„Liga niezwykłych dżentelmenów” wraca. Po raz
kolejny. I to od razu z czterema tomami wydanymi na raz. Ja sięgnąłem po ten
konkretny, bo to jeden z tych, których wcześniej nie znałem. Więc poznałem i
jak zawsze bawiłem się znakomicie, chociaż słabiej niż przy pierwszych dwóch odsłonach cyklu. A wszystko dlatego, że ta seria to może i nie największe dzieło Moore’a,
ale nawet w takiej bardziej rozrywkowej formie autor ten jest znakomity i
serwuje czytelnikom – szczególnie tym rozeznanym w poruszanej przez niego
tematyce – naprawdę świetną zabawę. A choć tu zmiana czasów i klimatów zmieniła też siłę opowieści, rzecz nadal jest zabawna, błyskotliwa i ujmująca, nawet jeśli prostsza i podana z dziwnym wyważeniem.
Lata 50. XX wieku. Do orwellowskiego, odmienionego Londynu wraca dwójka z nieistniejącej
już Grupy Murraya, odmłodzeni (po wydarzeniach znanych z dodatków do tomu poprzedniego) Mina i Allan, poszukując tzw. „Czarnych akt”, w których zawarte są informacje
o Lidze i jej poprzednikach. Na początek czeka ich starcie z Jimmym Bondem, agentem i wnukiem Campiona, a potem... Właśnie, co będzie dalej? Co znajdą w aktach? I jak ta przygoda się dla nich zakończy?
W przypadku „Ligi niezwykłych dżentelmenów” jest
podobnie jak z „Top 10” tego samego scenarzysty: w skrócie, mamy tu do
czynienia z zabawą motywami i schematami, odtwórstwem nastawionym nie na
rewolucję, a po prostu dobrą zabawę. Moore jest tu, jak dziecko, biorące do rąk
figurki swoich ulubionych bohaterów, nie wyrywając ich ze świata, do którego
należą, ale umieszczając na styku literackich rzeczywistości i historycznych
realiów, zestawia ze sobą w opowieści łączącej elementy z ich „rodzimych”
dzieł. Bawi go odtwarzanie motywów, łączenie fikcji z faktami i żonglowanie
tym, co w popkulturze – tym razem nie wiktoriańskiej (o ile można mówić o czymś
takim, jak „wiktoriańska popkultura”), a tej z lat 50. XX wieku, mocno orwellowskiej, a jednocześnie
robi to w sposób i inteligentny, i fascynujący. I taki, by nawet nowi czy
stawiający na czystą rozrywkę bez pretensji do czegokolwiek czytelnicy nie
poczuli się tu zagubieni, chociaż wiadomo, rzecz nawiązaniami i odniesieniami stoi.
Moore mistrzowsko bawi się tu konwencją i chociaż tym razem jest ona ważniejsza od fabuły, opowieść na tym nie traci. Klimat orwellowskiego „Roku 1984” wprowadza więcej ciężaru i powagi, ale ta współczesna akcja to pretekst by wrócić do tego, co znamy. Pamiętacie rozbudowane dodatki do poprzedniego tomu, te o podróży po nieznanej stronie świata? Tak, w pierwszym polskim wydaniu tego nie było i czytelnik straci wiele nie znając tamtej historii, bo powracają postacie i wątki, co pięknie się splata (chociaż Moore sporo rzeczy tu z tamtych historii streszcza i tak). Ale oceniając same te bonusy, te tytułowe akta, to po prostu przekrój przez pomysłowość i talent Moore'a. Chcecie zaginionego dzieła Szekspira, gdzie pojawia się np. Bond? Tu znajdziecie jego fragment. Chcecie losów świata, poplątanych z mitami, opowiedzianych w postaci oldschoolowego komiksu bez chmurek, ale z podpisami, przez pryzmat zmiennopłciowej postaci nieśmiertelnego Orlanda? Albo dalszych przygód Fanny Hill, która w drogę wyrusza z Guliwerem, ale zaserwowanych tak, że tekst i obraz opowiadają w zasadzie to samo, ale zupełnie inaczej i wzajemnie dopiero stanowią jedność? To wszystko jest tu razem z przepięknie prześmiewczymi żartami na dawną prasę etc. Są tu nawet przekroje, mini-pornograficzny komiks czy teksty naukowe.
I ta cała masa dodatków, które nie tylko rozbudowują opowieść, ale i dodają jej posmaku
realizmu, zdaje się być nie tyle dodatkami, ile celem samym w sobie, a fabuła pretekstem do nich. I to nietypowe podejście i rozkład akcentów sprawiają wrażenie, że komiks jest dziwnie wyważony, ale i tak nie sposób odmówić mu uroku, a całość fascynuje, nawet jeśli przepych tekstu graniczy (albo i tę granicę przekracza nie raz i nie dwa) z przesadą. I świetne są też ilustracje. Cartoonowe, dość proste, momentami
kojarzące się z klasycznymi grafikami, uzupełnione o dobrze dobrany kolor,
świetnie pasują do całości. Zresztą O'Neill mistrzowsko bawi się tu też swoją kreską i formą, czy to w grafikach kolorowych, czy czarnobiałych ilustracjach tekstów, czy wreszcie w szalonym, narkotycznym niemalże rozbuchaniu, kiedy serwuje nam rysunki trójwymiarowe sporządzone w technice anaglifów (tak dwukolorowe okulary dołączone są do albumu, niestety obrazki mamy wykonane z brawach czerwona i niebieska, a okulary mają szkiełka czerwone i zielone...). No i tak samo, jak cała reszta, nie zawodzi i wydanie, ale to już
standard. Chociaż standard warty wspomnienia przecież, bo też wpada w oko.
Podsumowując, kto nie zna tego komiksu, a chce
dobrej, inteligentnej rozrywki w najlepszym tego słowa znaczeniu, nad którą
spędzi mile czas, a jeszcze więcej poświęci go na poszukiwanie niezliczonych
odwołań popkulturowych, będzie zachwycony. Dobrze więc, że rzecz doczekała się
wznowienia. Dobrze, że cała seria jest wznawiana, bo to jeden z tych komiksów,
które warto odświeżać raz na jakiś czas. I przypominać nam, jak może wyglądać
komiksowa rozrywka, niby niezobowiązująca, a jaka wyśmienita i wysmakowana.
Dziękuję wydawnictwu Egmont za możliwość przeczytania komiksu.



Komentarze
Prześlij komentarz