„Dobranoc Punpunie” dobiegło już końca,
pozostawiając wielki niedosyt, bo wielka to była seria, wybitna, niepozwalająca
o sobie zapomnieć ani łatwo się przetrawić, grająca na emocjach, błąkająca się
gdzieś po zwojach mózgowych… Pustkę po niej zapełnia jednak może mniej ostry,
ale nadal dojrzały i niepokojący thriller SF „Dead Dead Demon's Dededede
Destruction”. I robi to w rewelacyjnym stylu, na jaki liczyłem.
Pojawiło się UFO. Statek obcej cywilizacji zawisł
nad Tokio i zaczęło się. Zaczął się konflikt, ludzie ginęli, a kosmici… Cóż,
nikomu nie udało się dowiedzieć, czego właściwie chcą i tak już zostało. I został
ten ich statek.
Trzy lata po ich przybyciu nadal tkwi na niebie, a
ludzie żyją, jak żyli. I na tym tle dzieją się żywota zwyczajnych licealistów, dzieciaków
u progu dorosłości, jakich wiele, przeżywających swoje wzloty i upadki,
problemy, miłości… Żyjących, po prostu żyjących. Ale dokąd to życie zmierza?
Tylko Asano potrafi tak tworzyć mangi. Te jego
depresyjne twory, tak mocno skupione na psychice bohaterów – ale psychice
połamanej, poturbowanej, nieprzystosowanej, często mrocznej, niepokojącej, tym
bardziej, że w tym mroku nieświadomej – skupione na życiu, podlane oderwaną od
tego wszystkiego, ale jednak współgrającą z tematem fantastyką, wchodzą w
czytelnika na różne sposoby i potrafią sponiewierać. I tym sponiewieraniem,
które każe nam zatrzymać się, zadumać, zamyślić, po prostu zachwycają. I
zachwyca też „Dead Dead Demon's Dededede Destruction”, seria będąca dla mnie,
jak spełnienie marzeń.
Dlaczego? Od dzieciństwa, przez „Z archiwum X”,
które zrobiło wtedy kolosalne wrażenie, uwielbiam tematykę kosmitów i ich
przybycia na Ziemię. A to przecież motyw przewodni. Uwielbiam też w Asano
wszystko to, co napisałem powyżej, a to, w mniejszym bądź większym stopniu,
właśnie tu jest. Zmieniło się parę rzeczy, ta seria w odróżnieniu od
poprzednich takich, jak „Punpun” czy „Dziewczyna znad morza” nie atakuje nas
niemalże pornograficzna (ale zasadną) erotyką (choć pewna łagodna jest tu
obecna), a czasem mamy tu iście radosne sceny, ale nadal to typowe dla autora
ponuractwo, które staje się polem, na jakim może diagnozować świat, ludzi,
społeczeństwo, relacje… A diagnozuje to od najgorszej strony i za to też go
uwielbiam. Tak samo, jak za fakt, że jego bohaterów i nie da się lubić, i nie
lubić też się nie da – za to za często ich rozumiemy i to potrafi przerażać.
A tu mamy jeszcze silniejszy niż dotąd ładunek
elementów fantastycznych, genialny klimat no i rysunki, genialne, jak zawsze,
bez żadnego straconego kadru, bez zmarnowanego potencjału, bez choćby jednej niepotrzebnej
kreski – wszystko jest dopracowane, realistyczne, zachwycające w każdym detalu.
Ba, u Asano nawet, jeśli treść bywa przegadana, a bywa, ale w pozytywny sposób,
niczym w kinie mumblecore, nie ma zbędnych słów.
Za to zbędne chyba jest polecanie tego. Kto poznał
mangi Asano, wie, że to wielki asysta i pewnie po każdy jego tytuł sięga już w
ciemno. Ja tak robię. Kto nie poznał, niech to zmieni, jak najszybciej. Bo
można mang nie lubić, można nie lubić komiksów, ale te dzieła mają w sobie coś
takiego, że potrafią przekonać każdego. Choć jednocześnie absolutnie nie są
tytułem dla każdego. Paradoks. Ale jakże smakowity.
Tytuł kupicie tutaj:



Komentarze
Prześlij komentarz