W Polsce wydawanie zbiorczych tomów „Hellblazera”
zaczęło się od runu Briana Azzarello, a ten zakończył się w dość definitywny
sposób. A potem dostaliśmy wcześniejsze przygody Johna, z różnych okresów, ale
wszystko to powoli składało się w jedną całość. A teraz w końcu dostajemy
bezpośredni ciąga dalszy. Bo Carey opowieść podejmuje w miejscu, gdzie
Azzarello ją skończył. I chociaż wielkim fanem jego scenariuszy nie jestem –
książek nie czytałem, więc się nie wypowiem – powiem, że kawał dobrego komiksu
udało mu się zrobić i absolutnie warto po niego sięgnąć.
John Constantine nie żyje. Tak przynajmniej sądzą
wszyscy. Przemierzył Amerykę, poznał jej brudy, teraz powraca na stare śmieci,
do Wielkiej Brytanii, odwiedzić tych krewnych, którzy jeszcze mu zostali. A tam
już czekają na niego kłopoty. Bo nawiedzony dom, bo zaginięcie siostrzenicy…
Nasz cyniczny mag będzie musiał powrócić w wielkim stylu, by pokazać raz
jeszcze na co go stać!
John Constantine to czołowy brytyjski antybohater,
tak mocno związany z rodzinnym krajem, że większość jego przygód – a przez
długie lata wszystkie jego przygody – pisali autorzy z Wysp. Żaden z nich nie
pochodził jednak z Liverpoolu, a w końcu to stamtąd jest John. Do czasu. Bo
wtedy seria trafiła w ręce Mike’a Carey, autora z Liverpoolu właśnie, a ten
postanowił wrócić w niej do korzeni i wyszło mu to znakomicie. Ten komiksiarz i
pisarz, spec od horroru i fantastyki, sławę zdobył pisząc przygody Lucyfera w
nagrodzonej Eisnerem, najważniejszą komiksową nagrodą, serii stanowiącej
dodatek do „Sandmana” Neila Gaimana. A Gaimanowi też zdarzyło się – raz, ale
jednak – tworzyć „Hellblazera”, a postać Johna przewijała się przez wiele jego
komiksów, od „Batmana”, przez „Sandmana” właśnie, na „Księgach magii”
skończywszy. Wszystko zostaje w rodzinie, jak widać.
I tak dochodzimy do tego komiksu. Pierwszego z
trzech zbiorczych tomów, w których znajdziemy cały ten, jeden z najdłuższych
zresztą, runów w historii cyklu. Nie jest to rzecz tak doskonała, jak
poprzednie części – Delano, Ennis, Ellis i Azzarello biją jednak Careya – ale
jest dobra. Świetna jest. „Hellblazer:
Mike Carey, tom 1” – do kupienia na TaniaKsiazka.pl – to rzecz o niebo
lepsza od przygód bohatera pisanych przez Spurriera czy nawet Taylora, który
jak dla mnie w wielu momentach po prostu minął się z postacią. Jest więc
cynicznie, jest mrocznie, jest brutalnie, są zagadki, jest klimat, jest brud…
Wszystko jest, co być powinno, z czarnym humorem włącznie. Carey idzie
sprawdzoną ścieżką i robi to w dobrym stylu, bez fajerwerków, bez wielkich
zmian, ale w satysfakcjonujący sposób.
A partnerują mu świetni rysownicy. Dillon, którego jest tu najmniej, kradnie całe to show, ale Frusin też nie zawodzi. Miło jest dla oka, czasem prościej, czasem bardziej demonicznie, to znów lekko, ale za każdym razem z klimatem. A i jeszcze świetne jest tu wydanie. Dobrze, że Egmont poszedł za ciosem i nadal wypuszcza na rynek ten cykl, chociaż już kilka razy miał go zakończyć. Bo co, jak co, ale to wciąż jedna z najlepszych serii, jakie mamy na rynku a John jest tą postacią, o której czytać się chce, bo może i DC ma wielu popularnych bohaterów, jak Batman i Superman, ale żaden z nich pod względem kreacji nie jest tak świetny, jak Constantine.




Komentarze
Prześlij komentarz