Pamiętam, jak swego czasu Jordan Peele swoim
„Uciekaj!” na kolana mnie nie zwalił. Bywa. Zakończenie było przekombinowane, a
choć pobrzmiewało w nim echo klasyki, jakiś taki hołd, za mało było w tym
lekkości i luzu by przełknąć to wszystko tak bez narzekania. Ale i tak doceniłem
film i kolejne produkcje, jakie wyszły spod jego ręki kupiły mnie. Jedne
bardziej, inne mniej. „Nie!” kupiło mnie już na całego. Nawet mimo znów nieco
przekombinowanych elementów (wygląd kosmitów), film jest znakomity i ożywia na
ekranie sporo z magii Kina Nowej Przygody, które nawet pod ręką jego twórców
takich, jak Lucas czy Spielberg, od lat wygląda bardziej, jak reanimowany trup,
niż coś, co może żyć i dostarczać emocji. A te emocje tu wróciły i to jeszcze
jak.
Zaczyna się od tragedii. Potem jest tylko bardziej
niebezpiecznie. Rodzina Haywoodów zajmuje się hodowlą i trenowaniem koni na
potrzeby hollywoodzkich filmów. I nie zmienia się to nawet po śmierci ojca
głównych bohaterów, który zostaje ranny przez coś, co spadło z nieba, a co
początkowo wszyscy biorą za fragment samolotu. Prawda jest jednak inna i o
wiele bardziej niebezpieczna. Coś nie z tego świata kryje się w chmurach, coś
co się nie pokazuje i czego nie jest łatwo uchwycić. A przede wszystkim coś niebezpiecznego,
z czym Haywoodowie będą musieli się zmierzyć w nierównej walce…
Horror SF? Hołd dla Kina Nowej Przygody, z „Bliskimi
spotkaniami trzeciego stopnia” na czele? A może zabawa kinem, iście
metafikcyjna, z klimatem ale i ambicjami? A czemu nie wszystko razem? I właśnie
to wszystko razem jest tu, u Peele’a, sklejone w smakowity obrazek, który
ożywia wspomnienia. Czy skłania do większej zadumy, zamyślenia, zanalizowania? Nie
bardzo, jednak jednocześnie za tym wszystkim kryje się coś więcej, jakaś próba
wyjścia poza tylko rozrywkowe ramy, co docenić też należy.
Fabularnie film to uwspółcześnione „Bliskie
spotkania trzeciego stopnia”, od tych porównań odejść się nie da, podobieństwa
rzucają się w oczy od samego początku, ale to rzecz z własnym charakterem, klimatem,
nastrojem i autorskim podejściem. Jest tu napięcie, jest akcja, jest wiele
momentów obyczajowych, skupionych na bohaterach, na historii i na kinie jako
takim też. Dynamiczne sekwencje też są, popis efektów specjalnych? I tak, i
nie. Te, jak przed laty u Spielberga, serwowane są nam raczej oszczędnie, bez
atakowania naszych zmysłów tym wszystkim. Peele skupia się przede wszystkim na
postaciach i historii, na nastroju i to wychodzi produkcji na dobre. A kiedy
efekty się pojawiają, są niezłe. Budżet niespełna 70 milionów dolarów
gigantyczny nie jest, ale pozwolił by wizualnego rozczarowania nie było.
I aktorsko też film nie rozczarowuje. Rzecz rozpisana
jest właściwie na dwójkę aktorów, a ta daje radę. Daniel Kaluuya, jak zawsze
balansuje gdzieś na granicy introwertyzmu i zblazowania, gra, jak to on – chyba
siebie, ale do tych filmów to pasuje. Fajnie wypada też Keke Palmer, jako jego
siostra. Reszta, okazjonalnie goszcząca na ekranie, też w oczy nie kłuje. A sam
film zapada w pamięć. O kosmitach produkcji jest masa, temat chwytliwy i
wiecznie żywy, ale od lat nie było kina tak dobrego. I co z tego, że design
samych kosmitów, ten pomysł na nich, nie każdego kupi i bywa osobliwy – kiedyś osobliwe
i nie do końca spełnione, przekombinowane, wydawało mi się spielbergowskie
komunikowanie się z obcymi za pomocą muzyki, a teraz i ten aspekt „Bliskich
spotkań” uwielbiam – „Nie!” jest znakomitym kinem i ja w tym wypadku jestem jak
najbardziej na tak.
Recenzja opublikowana także na portalu Kostnica.



Komentarze
Prześlij komentarz