Venom: Przed sądem – Larry Hama, Joash Hood, Derec AucoinIvan Velez Jr., Tom Derrenic

AGENT VENOM

 

Zębaty wróg Pająka debiutował w roku 1988 (chociaż jego korzenie, jako czarnego kostiumu Spidera, sięgają roku 1984), a chociaż był wrogiem, szybko, bo już w roku 1993 doczekał się własnej miniserii. Wtedy był już raczej antybohaterem, niż łotrem, swój kodeks miał, bronił niewinnych własnymi metodami. I tak to pojawiał się w kolejnych miniseriach i one-shotach aż dopiero w 2003 doczekał się własnej dłuższej serii. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim ukazały się historie z tego tomu, trzy dwu-trzyzeszytowe historie, które, jak to dzieci lat 90., są przerysowana, przegięte, przekombinowane, naiwne, ale z porcją uroku, której brak dzisiejszym komiksom. Więc warto po ten tom sięgnąć, skoro i cena spoko, i zawartość niczego sobie.

 

W życiu Venoma się dzieje. I to niedobrze, bo władze w końcu go dopadają i czeka na niego… rozprawa przed sądem. Mało? Wiadomo, że tak, bo oto czeka na niego misja w roli tajnego agenta i wiele więcej. gościnnie Daredevil, Carnage, Ghost Rider i Spider-Man!

 

Z tą nową kolekcją Carrefour się nie popisał. Pierwsza była świetna, bo i cena dużo niższa, nawet po późniejszej podwyżce, i stron więcej, i dobór zawartości jakiś taki najczęściej lepszy, choć i tam wszystko to taki patchwork różnych luźnych zeszytów był, cięcia i sklejanie. Brało się to w ciemno, bo za tę cenę, czemu nie. Teraz już w ciemno brać nie ma co, jak już sięgać, to dla wybranych historii, bo z drugiej ręki za tę cenę można kupić wiele znakomitych tomów „WKKM”, lepiej wydanych zresztą. Więc wybrałem. Równo pięć – może kiedyś, gdzieś jakaś promocja się trafi to zastanowię nad resztą – i lecę po kolei. Zresztą „Venom” to jeden z tych tomów, które chciałem najbardziej. Bo może i te historie są ze środka serii, a sama seria jakimś cudem nie jest, to jednak mam do Venoma sentyment, Spider-Mana uwielbiam i cenię sobie klimaty opowieści z tamtych lat.

 


I to wszystko tu jest. Całe to przepakowanie, przerysowanie, patos… Nadal dobrze się to czyta, jest treściwie, bo gadania tu więcej, akcja jest zagęszczona, skondensowana, a wszystko naprawdę przyzwoicie wykonane. I fabularnie, i graficznie, bo te ilustracje są przekombinowane, ale w dobrym stylu. Czasem dziwna perspektywa, czasem dziwniejszy jeszcze design postaci, zawsze sporo uroku i tego looku, który w wychowanych na tm-semicach czytelnikach budzi sentyment i nostalgię. We mnie obudził. Coś czuję, że tak wyglądałby „Mega Marvel” poświęcony Venomowi, gdyby taki wyszedł ćwierć wieku temu na polskim rynku. Tym bardziej, że za redakcję odpowiada tu Arek Wróblewski, jedna z legend TM-Semic.

 


Ot fajna rzecz. Nieźle wydana, za niezłe pieniądze, owszem, papier mógłby być lepszy, lepszy mógłby być przekład i parę podobnych rzeczy, ale jest nieźle. Całej kolekcji kupować nie widzę sensu tym razem, ale poszczególne tomy, ot choćby właśnie ten, już jak najbardziej.

Komentarze