„American Jesus” zrobił na mnie spore wrażenie. Po paru
latach i kilkunastu innych komiksach Millara nadal bym dał go do pierwszej
dziesiątki, więc w końcu postanowiłem sięgnąć po drugi tom. Tym bardziej, że
trzecia i ostatnia księga tej serii też już została w częściach wydana, więc
całość zamknięta w końcu. No i jak jest z tą księgą numer dwa? Dobrze, ale jak
to z sequelem bywa, już takiego wrażenia nie robi. Millar stawia tu na
przedstawienie drugiej strony konfliktu, znów bawi się w odtwarzanie motywów
biblijnych, przeszczepianie ich na grunt współczesny, ale już brakuje w tym tej
pomysłowości. No i tym razem nie ma właściwie żadnego zaskoczenia – a na pewno
nie ma go na koniec, na co liczyłem. Wszystko jak od linijki, fajnie, z
pazurem, acz trochę zachowawczo. Choć nadzieja, że ostatnia część powróci do
lepszej formy.
Lata 70. XX wieku. Nastoletnia dziewczyna ma sen. Sen,
w którym anioł zwiastuje jej narodziny nowego mesjasza. I to właśnie ona ma
zostać matką. Dziewczyna zachodzi w ciążę, jej chłopak jej wierzy, rodzina
nieszczególnie, ale kiedy aborcja nie dochodzi do skutku, a wokół zaczynają
dziać się dziwne rzeczy…
Czas mija. Dziecko, dziewczynka, Lucinda, dorosła
już, ale swej mesjańskiej roli nie przyjmuje. Właściwie to nawet nie wierzy w
to wszystko i chce się wyrwać z chroniącego ją kręgu, który uważa za bandę
oszołomów. Chce jedynie żyć tak, jak żyć powinna. Czy ma rację? Czy jej bunt
coś zmieni? I dokąd ją to doprowadzi?
Jedyne zaskoczenie tego tomu jest takie, że nie
jest to właściwie kontynuacja tomu poprzedniego. Dziesięć lat czekania, bo tyle
minęło od chwili wydania trzeciego zeszytu pierwszej części tej historii –
zeszytu zakończonego sporym cliffhangerem – a tu Millar nie serwuje co dalej z
Jodiem, a rzuca nam nową bohaterkę. Ale logiczny to zabieg. W końcu apokalipsa,
która nadchodzi, wymaga dwóch stron konfliktu. Jedną poznaliśmy, nadszedł czas poznać
też drugą. I poznajemy.
Ale to, co poznajemy nie jest już tak pomysłowe. Początek
jest świetny, ale potem fabularnie rzecz trochę siada. Nie ma takich zaskoczeń,
nie ma aż takiej zabawy, fajnie Millar wplata to wątki z różnych religii, jak
dorzuca teorie spiskowe, od jedenastego września, przez siły stojące za całą
władzą, po Watykan w roli satanistycznej sekty, no ale wszystko to jest
oczywiste i przewidywalne. Nic tu nie zaskakuje, od połowy rzecz robi się
bardziej zwyczajna. Trochę brakuje mi takiego klimatu rodem z Palahniuka, jaki
miał tom „Chosen”. Trochę brak też takiej ilości tekstu, jak poprzednio – teraz
ten tekst płynie, szybko wnika, ale brak w nim takiej iskry błyskotliwości.
Dobry komiks, ale jednak mógł być dużo lepszy. Tak po
prostu. Jak zasiadacie do niego, traktujcie go raczej jako pomost między
świetnym początkiem i (okaże się jakim) finałem, a nie kontynuację. Lepiej wtedy
wypada. No i lepiej wypadała ta część pierwsza graficznie. Ja tam Grossa lubię,
ale bardziej wykręconego, takiego sprzed dziewięciu lat, gdzie było to koślawe,
ale więcej w tym serca – teraz serce zastąpiło komputerowe wspomaganie, choć
nadal całkiem miło się to ogląda.
W skrócie: fajnie, ale nie do końca to, na co
liczyłem. Choć nie żałuję. No i nadal liczę na powrót do lepszej formy w
finale.




Komentarze
Prześlij komentarz