Czarny Młot: Odrodzenie #1 – Jeff Lemire, Caitlin Yarsky

CZARNY MŁOT UDERZA RAZ JESZCZE

 

Skończył się „Czarny młot”. Zdawało się, że po tomach zbierających opowieść „Era zagłady” nie ma już nic do dodania, bo pytania znalazły swoje odpowiedzi, wątki się domknęły, nitki fabularne posplatały. Zostały jakieś dodatki, crossovery, spin-offy. I nagle jest, kolejny rozdział sagi – „Odrodzenie”. A to nie koniec. To „Odrodzenie” trochę z nami zostanie, a potem jeszcze parę tytułów będzie – „The Last Days of Black Hammer” czy zapowiadany na 2023 rok „Black Hammer: The End” (a to nie koniec, bo są już kolejne dodatki, a jeszcze następne w planach). I fajnie, bo ta metafikcyjna seria od Lemire’a to jedno z najlepszych super (anty?) bohaterskich dokonań ostatnich lat i każdy powrót do cyklu jest jak najbardziej udany.

 

Minęło dwadzieścia lat. Lucy została bohaterką, broniła świata… A teraz? Teraz ma rodzinę, męża, dzieci, nudne życie, z pracą w agencji reklamowej i sporo problemów, bo i zawodowo, i osobiście, sypie się jej to wszystko. Ale już wkrótce na szczęście – albo nie – spokój zostaje przerwany. Bo coś się dzieje w Spiral City, coś dziwnego, strasznego i niebezpiecznego. No i powraca pułkownik Weird, oszalały, jak na niego przystało. Dawny koszmar ożywa, Czarny Młot musi wrócić, ale czy ten powrót, czy to odrodzenie ma w ogóle jeszcze sens?

 

Jeff Lemire zaskoczył nas pozytywnie parę lat temu, pokazując, że ma talent, że potrafi, że umie coś tam wykrzesać ze zgranych motywów. A potem, choć wciąż robił dobre komiksy, wpadł w pętlę powtarzania wątków, motywów, nawet kreacji tych samych postaci. Lepiej więc, że ostatnio wraca do swoich najlepszych tytułów, niż by miał tworzyć nowe, takie same. Bo w rozwijaniu tych sprawdzonych motywów radzi sobie znakomicie i jeszcze pogra czasem na naszych sentymentach. I właśnie to robi tutaj.

 


Nowy rozdział, nowy początek (chociaż według informacji to wciąż druga faza opowieści), ale ten sam stary dobry „Czarny młot”. Czytać od tego momentu? Niby można, bo tak to skonstruowane, że nie pogubimy się, ale lepiej po prostu znać całość, bo to się łączy, dopełnia i mocniej wybrzmiewa. A wybrzmiewać ma tu co, bo to ciekawa polemika z gatunkiem i z postaciami, watkami nawet. Lemire bierze na warsztat postacie znane z DC czy Marvela, łączy je w coś zupełnie nowego i bawi tym. Jednocześnie pamięta, że robi superbohaterszczyznę, więc jest akcja, są dramaty, a i podbudowana zaplecza obyczajowego też jest, podobnie, jak komentarz odnośnie naszej rzeczywistości.


I dobrze narysowany. Tym razem za ołówek chwyciła Caitlin Yarsky i dobrze wpasowała się w estetykę serii. Efekt jest taki, że i ogląda się to przyjemnie, i czyta znakomicie. I fajnie, że rzecz się pojawiła, bo miło było wrócić tu raz jeszcze. I miło będzie wracać tu w kolejnych odsłonach, bo przecież „Odrodzenie” dopiero się tu zaczęło.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.




Komentarze