Deadpool: Tajny agent – Christopher Hastings, Salva Espin, Skottie Young, Nic Klein, Jacopo Camagni

DEAD-AGENT

 

Tak jakoś nie kusiło mnie sięgać po ten tom, bo fanem Deadpoola nie jestem i jeśli już sięgać po coś ze śmieszkującymi psycholami, to po Lobo. Tego prawdziwego, jedynego słusznego z lat 90. XX wieku, któremu Deadpool to może glany pucować. No, ale potem zobaczyłem, że tu nasz Dead walczy ze Świętym Mikołajem, jak Lobo kiedyś w historii, do której sentyment mam duży. I moja lepsza połowa to tę „Śmierci Pulę” lubi, więc w końcu się skusiłem i muszę przyznać, że całkiem smaczne to było, chociaż nadal bardziej wolę „Paramilitarne Święta Specjalne”, jak się kiedyś pięknie przełożyło komuś ten tytuł (brawa…).

 

Deadpool jako tajny agent w służbie czegoś tam? Czemu nie. Kiedy misja idzie nie tak, jak powinna i ofiarą naszego najemnika z nawijką okazuje się szpieg, Deadpool postanawia dokończyć misję denata, bo stawka jest wysoka. Ale czy jest w stanie? No a jak poradzi sobie ze Świętym Mikołajem? Albo spotkaniem z Madcapem?

 

Deadpool potrafi mnie śmieszyć, ale że wychowałem się na Lobo, na bohaterze bardzo podobnym, ale jednak o niebo lepszym, no nie rusza mnie to tak, jakbym chciał. I jakby chcieli twórcy. Bo co ma tu ruszać, skoro właściwie to to samo z tym, że jednak łagodniejsze, delikatniejsze i bardziej dla mainstreamowych czytelników kierowane? Jeśli „Lobo” był komiksowym odpowiednikiem mocnego metalu, to „Deadpool” to taki rockowy wyrób. Szybko, energetycznie, czasem z jakąś mocniejszą nutą, ale bez konkretnego pier… No bez konkretnego uderzenia. Umowne to raczej, niż naprawdę mocne. No ale czasem czegoś takiego potrzeba.

 


A ten tom fajny jest całkiem. Fajnie bawi się motywami bondowskimi, a że ja za Bondem nie przepadam – okej, zmęczyłem wszystkie filmy, wszystkie mam na półce, jako kinoman musiałem, ale fanem nie jestem i może na trzech, czterech dobrze się bawiłem, a to przy serii tej długości marny wynik – takie trochę ośmieszanie tego do mnie trafia. Ale jestem fanem Spider-Mana, więc liczyłem tu na pajęczy zeszyt, bo tak gdzieś tam wyczytałem, ale i ten z Madcapem był fajny. No a z Mikołajem, chyba najlepsza rzecz w tym tomie, to już w ogóle, bo i Święta lubię, i takie podejście też.

 


Całość to taki standard: akcja, trochę czarnego humory, trochę masakry, niewybredności sporo i zanim się czytelnik obejrzy, jest już po. ale fajnie to narysowane. I w ostatecznym rozrachunku okazało się, że to jeden z najlepszych tomów „Ciemnej strony Marvela”, choć oczekiwań dużych nie miałem. Lubicie „Deadpoola”? Lubicie takie historie? No to możecie śmiało wziąć, tym bardziej, że nieźle to wydane i tanie przede wszystkim, co rekompensuje nam niskiej jakości przekład i jeszcze gorszą korektę / redakcję.

Komentarze