Tak jakoś nie kusiło mnie sięgać po ten tom, bo
fanem Deadpoola nie jestem i jeśli już sięgać po coś ze śmieszkującymi
psycholami, to po Lobo. Tego prawdziwego, jedynego słusznego z lat 90. XX
wieku, któremu Deadpool to może glany pucować. No, ale potem zobaczyłem, że tu
nasz Dead walczy ze Świętym Mikołajem, jak Lobo kiedyś w historii, do której
sentyment mam duży. I moja lepsza połowa to tę „Śmierci Pulę” lubi, więc w
końcu się skusiłem i muszę przyznać, że całkiem smaczne to było, chociaż nadal
bardziej wolę „Paramilitarne Święta Specjalne”, jak się kiedyś pięknie
przełożyło komuś ten tytuł (brawa…).
Deadpool jako tajny agent w służbie czegoś tam?
Czemu nie. Kiedy misja idzie nie tak, jak powinna i ofiarą naszego najemnika z
nawijką okazuje się szpieg, Deadpool postanawia dokończyć misję denata, bo
stawka jest wysoka. Ale czy jest w stanie? No a jak poradzi sobie ze Świętym Mikołajem?
Albo spotkaniem z Madcapem?
Deadpool potrafi mnie śmieszyć, ale że wychowałem
się na Lobo, na bohaterze bardzo podobnym, ale jednak o niebo lepszym, no nie
rusza mnie to tak, jakbym chciał. I jakby chcieli twórcy. Bo co ma tu ruszać,
skoro właściwie to to samo z tym, że jednak łagodniejsze, delikatniejsze i
bardziej dla mainstreamowych czytelników kierowane? Jeśli „Lobo” był komiksowym
odpowiednikiem mocnego metalu, to „Deadpool” to taki rockowy wyrób. Szybko, energetycznie,
czasem z jakąś mocniejszą nutą, ale bez konkretnego pier… No bez konkretnego
uderzenia. Umowne to raczej, niż naprawdę mocne. No ale czasem czegoś takiego potrzeba.
A ten tom fajny jest całkiem. Fajnie bawi się
motywami bondowskimi, a że ja za Bondem nie przepadam – okej, zmęczyłem
wszystkie filmy, wszystkie mam na półce, jako kinoman musiałem, ale fanem nie
jestem i może na trzech, czterech dobrze się bawiłem, a to przy serii tej długości
marny wynik – takie trochę ośmieszanie tego do mnie trafia. Ale jestem fanem
Spider-Mana, więc liczyłem tu na pajęczy zeszyt, bo tak gdzieś tam wyczytałem, ale i ten z Madcapem był fajny. No a z Mikołajem,
chyba najlepsza rzecz w tym tomie, to już w ogóle, bo i Święta lubię, i takie
podejście też.
Całość to taki standard: akcja, trochę czarnego
humory, trochę masakry, niewybredności sporo i zanim się czytelnik obejrzy,
jest już po. ale fajnie to narysowane. I w ostatecznym rozrachunku okazało się,
że to jeden z najlepszych tomów „Ciemnej strony Marvela”, choć oczekiwań dużych
nie miałem. Lubicie „Deadpoola”? Lubicie takie historie? No to możecie śmiało
wziąć, tym bardziej, że nieźle to wydane i tanie przede wszystkim, co
rekompensuje nam niskiej jakości przekład i jeszcze gorszą korektę / redakcję.




Komentarze
Prześlij komentarz