Polski rynek wydawniczy i Straub chyba nie do końca
się lubią. Bo może i jego nazwisko pojawiło się dwa razy razem ze Stephenem
Kingiem (wspólnie popełnili przecież dylogię „Talizman” / „Czarny dom”), a
Kinga u nas się uwielbia, niemniej jednak Straub solowo raczej na półkach
księgarskich bywał, niż był. A szkoda, bo pisać potrafi i pomysły ma. Z drugiej
jednak strony najważniejsze jego dzieła, jak „Julia” czy „Upiorna opowieść”
jednak nad Wisłą gościły, więc co najlepsze za nami. A teraz, kilka miesięcy po
odejściu autora z tego świata, mamy jeszcze „Koko”, pierwszą część tzw. „Blue
Rose Trilogy” (kolejne to „Mystery” i „The Throat”). I książka to, i trylogia
świetne i poznania warte, jeśli cenicie dobre połączenie horroru, thrillera,
mystery i fantastyki jako takiej.
Jest ich czterech. Czterech różnych ludzi, bo lekarz,
prawnik, robotnik i właściciel restauracji. Łączy ich wspólna przeszłość –
wojna w Wietnamie. No i Koko. Koko też ich łączy. Ale tylko oni wiedzą co to
właściwie jest. I tylko oni mogą powstrzymać to, co nadciąga, więc łączą siły i
ruszają. Na ich drodze wiele miejsc, wiele tajemnic i wiele niebezpieczeństw. A
przede wszystkim śmierć.
Za „Koko” zgarnął Straub World Fantasy Award, a
potem za tom trzeci jeszcze Bram Stoker Award i na dodatek nominację do World
Fantasy Award, więc coś w tym musi być. I jest. Nie jestem jakimś wielkim fanem
jego prozy, nawet te powieści z Kingiem nie były do końca spełnione, bo
„Talizman” był dość naiwnym fantasy, rozwleczonym i przynudzającym, a świetny
„Czarny dom” kulał zakończeniem, zbyt mocno splecionym z cyklem „Mroczna
Wieża”, podczas gdy rzecz lepiej sprawdziłaby się, jako dzieło zamknięte i
niezależne. No, ale „Upiorna opowieść”, mimo pewnych spadków jakościowych w
trakcie, kupiła mnie. No i „Koko” też do mnie trafia. A „Seria horrorów bez
nazwy” od wydawnictwa Mag zaczyna coraz bardziej przypominać mi inny ich cykl
wydawniczy – znakomite „Artefakty”, bo nawet kiedy ma spadki formy („Ring
Shout”) i tak okazuje się, że po kolejne pozycje z niej po prostu warto sięgać,
choćby i w ciemno. Po „Koko” warto.
Solidna, treściwa i świetnie napisana. Klasycznie,
ale taką klasykę lubię. Ponad 570 stron zaserwowanych nam małą czcionką nie
wchodzi w czytelnika na raz, tym bardziej, że Starub nie szafuje krótkimi
dialogami i niezbyt rozbudowanymi akapitami. Czytania tu jest sporo, ale czytać
się to chce, bo ma to klimat, ma nastrój i dobre wykonanie. To nie literatura z
wyższej półki, to rozrywka, chociaż jak na Strauba, mocno nasycona emocjami, a
postacie nieźle nakreślone. Czyta się to dobrze, choć dłużyzny też są. A o czym
warto pamiętać, gdyby było Wam mało, ta opowieść splata się z innymi. I nie
tylko tymi, które wymieniłem na początku. Bo dochodzą jeszcze „Lost Boy, Lost
Girl”, „In the Night Room”, „Blue Rose” i opowiadanie „The Ghost Village” ze
zbioru „Magic Terror”. A i warto pamiętać, że „Upiorną opowieść” też coś z tym
wszystkim łączy. Mogłoby to wszystko pojawić się po polsku. Mogłyby też
powrócić na rynek niektóre dawno niewznawiane powieści Strauba, bo autor to u
nas nie za dobrze znany, ale poznania warty. Ale póki co mamy „Koko” i cieszmy
się, bo jest czym.
Recenzja opublikowana także na portalu Sztukater.

Komentarze
Prześlij komentarz