Marvel Origins tom 1: Spider-Man #1 – Stan Lee, Steve Ditko

TU WSZYSTKO SIĘ ZACZYNA

 

No i jest. Jakimś cudem – jakim, nie pytajcie – kolekcja „Marvel Origins” wyszła z fazy testowej i trafiła do punktów w całej Polsce. Z jednej strony fajnie, bo takich ramotek, jak tu, praktycznie się u nas nie wydaje – z finansowego punktu widzenia dość słusznie zresztą, bo to rzeczy dla purystów, które na dodatek dziś czyta się niekiedy ciężko – z drugiej sensu w tym wielkiego nie ma. Bo i część z nich zestarzało się niemiłosiernie, do tego pewnie niektóre wydane zostaną w „Epic Collection”, a i samo wydanie też jakieś super atrakcyjne nie jest, bo stoi za nim ekipa od carrefourowych kolekcji (i „Superbohaterów Marvela”). Więc tak, pierwszy tom jak najbardziej warto, bo 15 zł, sześć zeszytów, dodatki etc. Potem? To już zależy od czytelnika, bo kto lubi ramotki i chce tych początków, śmiało może, bo to dobra okazja. Ale kto, jak ja, zamierza sięgnąć po początki konkretnych postaci, a nie całość, lepiej zrobi inwestując w Epici, bo przy cenie kolejnych tomów – których zresztą ma być sto (!) – lepiej jednak wydać pieniądze na zbiorcze edycje, bo i wyjdzie taniej, i kompleksowo, i spójnie pod względem wyglądu.

 

Peter Parker, nastoletni kujon i szkolne popychadło, na klasowej wycieczce, ugryziony zostaje przez napromieniowanego pająka. W efekcie zyskuje supermoce, które postanawia wykorzystać w show-biznesie. Kiedy jednak przez jego brak interwencji ginie jego własny wujek, Peter odkrywa, że z wielką mocą idzie w parze wielka odpowiedzialność i postanawia zacząć walczyć ze zbrodnią…

 

To, co mamy w tym tomie, kiedyś już było. „Amazing Fantasy #15” był już zresztą co najmniej trzy razy, zanim znów go tu wydano. Reszta była, ale w czerni i bieli, w zbiorczych wydaniach od Mandragory. Są tam jeszcze jakieś dodatki, są wprowadzenia, ale w sumie nic istotnego, bo fani wiedzą to wszystko tak, czy inaczej. Co nie zmienia faktu, że od dawna tych zeszytów na polskim rynku nie było, a w sumie to żelazna klasyka, którą znać wypada. I czyta się je całkiem, całkiem, choć naiwne to to bardzo. A tę naiwność najmocniej widać w tekstach, co podkreśla jeszcze przekład, który sprawia wrażenie, jakby tłumacz siedział nad nim ze słownikiem, nie mając w tym większej wprawy. W kolekcji od Carrefoura to jeszcze przechodziło – słaby przekład, słaba redakcja, korekta, która nie istniała etc. – bo tam to za grosze było, a jeszcze z solidną ilością stron. Ale w takiej kolekcji, której regularne tomy po 50 będą, razi to mocniej, choć jednocześnie przekład to nieco lepszy niż tam.

 


Nie warto? Warto. Ale, jak pisałem, ten pierwszy tom. No i może od biedy tomy swoich ulubionych serii, raz na jakiś czas. I tyle. Doceniam klasykę, często ją lubię, choć są takie rzeczy, które mnie męczą wykonaniem i tyle, ale kolekcję uważam za zbędną. Fajnie było przeczytać pierwsze występy Sępa, Doc Ocka czy Sandmana, bo nadal coś w sobie mają, a to takie właśnie wprowadzanie wrogów Pajęczaka, fajnie było też uzupełnić sobie kolekcję o ten tom, fajnie też było tak po prostu poczytać taką ramotkę, gdzie wszyscy mieli zupełnie inne charaktery niż znamy, ale przeżywali sympatycznie oldschoolowe przygody. Niemniej samo „Marvel Origins” to coś, czemu zbyt długiej kariery nie wróżę i zamiast wyglądać kolejnych części, wolę wypatrywać jeszcze jednej kolekcji od Carrefoura. I w takiej formie, jak te supermarketowe twory lepiej by „Origins” wypadło - słabiej edytorsko, na gorszym papierze i w miękkiej oprawie, ale kreda i sztywna okładka nie są tu absolutnie niezbędne.

Komentarze