Ten film wyglądałby
zupełnie inaczej, gdyby Chadwick Boseman, odtwórca głównej roli w „Czarnej Panterze”
nie odszedł z tego świata ponad dwa lata temu. Nie chcąc zmieniać obsady,
twórcy przemodelowali wszystko i tak narodził się obraz „Wakanda w moim sercu”.
Czy pierwotna wersja byłaby lepsza? Tego się już nie dowiemy, ale to, co
dostaliśmy, a co teraz trafiło na płyty DVD i BD, jest niezłe. Nie do końca
spełnione, jak ostatnio wszystkie filmu MCU, ale w niezłym stylu składający
hołd zmarłemu aktorowi i trzymający poziom lepszy od chociażby „Eternals”.
Król T’Challa nie
żyje. A to powoduje wiele problemów. Kobiety z jego otoczenia muszą ochronić
Wakandę przed obcymi mocarstwami i potężnym wrogiem. Ale sami mieszkańcy kraju
mogą nie dać sobie rady z tym, co nadciąga…
Ryan Coogler to nie
reżyser, który by mnie uwiódł którymkolwiek ze swoich filmów. Czy brał się za „Creeda”
(a bardzo lubię „Rocky’ego”), czy za Marvela, był co najwyżej poprawny. Z tą
pierwszą „Panterą” miałem też w zasadzie taki problem, że logika tam się sypała
wiele razy – bo czemu nagle strój bohatera nie jest odporny na drobne w
zasadzie ataki, choć wcześniej nawet wybuch granatu nic mu nie zrobił? albo czemu
tak zaawansowana technicznie i cywilizacyjnie Wakanda nie pomoże światu ani nawet
konającej reszcie Afryki, choć mogłaby to zrobić? I takich pewnych
nielogiczności nie brakuje też i w „Wakandzie w moim sercu”, bo całe to
zachowanie Namora, atakowanie, wycofywanie się, zapowiadanie kolejnych kroków…
No można było to lepiej zrobić. A podobnych momentów jeszcze trochę jest.
Ale i tak nieźle się
to ogląda. Bo wizualnie film po prostu daje radę. Akcja, choć przydałoby się
nieco skrócić to wszystko, bo aż takiego rozmachu fabularnego film nie miał, by
rozciągnąć go na ponad 150 minut seansu, ale w zasadzie film nie nuży. Na ekranie
sporo się dzieje, znalazło się miejsce i na rozwałkę i na bardziej intymne,
emocjonalne momenty, popatrzeć jest więc na co. Czy produkcja zaskakuje? Nie,
nawet scena między napisami była oczywista – przynajmniej dla mnie, ale czy
miała jakoś zaskakiwać? To rzetelna, rzemieślnicza robota, kinowy blockbuster,
który ma przede wszystkim wyglądać i wciągać w wir wydarzeń i na tym polu sobie
radzi.
Ot niezłe kino akcji
i hołd aktorowi, którego wśród nas już nie ma. Jednocześnie to też ostatnia
kinowa produkcja czwartej fazy MCU, co potwierdza, że na samą tę fazę nie było
większego pomysłu, a przede wszystkim nie ma ona jakiegoś jasno wytyczonego
motywu czy nawet charakteru. Acz i tak oferowała kilka obrazów, które poznać
było warto. A ta nowa „Pantera”, jak już pisałem, dała radę. I nawet, jeśli do
niektórych pomysłów nie jestem do końca przekonany, jak chociażby mezoamerykański
Namor, bawiłem się przyzwoicie – czyli w sumie dostałem to, na co liczyłem.
Recenzja opublikowana
na portalu Kostnica.



Komentarze
Prześlij komentarz