Co będę Was
oszukiwał, że dla jakichś wartości artystycznych sięgnąłem po ten komiks. Co
będę Wam wmawiał, że liczyłem na znakomita fabułę i uwiódł mnie blurb na
okładce. Prawda w końcu jest taka, że sięgnąłem po ten album dla rysunków
Mariniego, reszta była sprawą drugo, może nawet trzeciorzędną, by nie rzec
marginalną. Ale w końcu komiks to forma sztuki przede wszystkim graficzna i chociaż
jestem zwolennikiem twierdzenia, że treść i rysunki powinny iść ze sobą w parze
i satysfakcjonować poziomem, czasem są takie dzieła, po które sięgam, bo mam
ochotę na dobrą fabułę, nawet, jak graficznie wygląda to kiepsko, i są takie, w
których liczę tylko na ilustracje. Więc liczyłem i tym razem. I nie zawiodłem
się. Co prawda spodziewałem się, że to będzie zamknięta opowieść – tak jakoś mi
się wydawało – a to ledwie pierwszy tom, ale nie żałuję, bo Marini jak zwykle
nie zawiódł, a i od strony fabularnej dało się to czytać.
Wojna się skończyła.
Nadszedł czas, by weterani wrócili do domu. Wśród nich jest niejaki Slick, który
po konflikcie przybywa z powrotem do swojego rodzinnego Las Vegas. I tu od razu
czekają na niego problemy, bo zostały długi do spłacenia. Co w takiej sytuacji
można zrobić? Opcje są w zasadzie dwie – albo dołączyć do gangu, albo podjąć
współpracę z policją. A Slick nie chce ani tego, ani tego, więc będzie musiał
kombinować, lawirować i nie dać się wciągnąć nikomu. A że jeszcze chce odzyskać
dawną miłość, czeka go sporo kłopotów…
Ja Mariniego cenię,
ale i mam do niego wielki sentyment. Pamiętam, jak za dzieciaka, nastolatka już
właściwie, czytałem seria, które rysował – „Skorpion” czy „Cygan” – i jak
wpadały w moje oko. Wiem, wiem, powiecie, że dla erotyki, którą przesycone są
jego prace, sięgałem po te komiksy i będziecie mieli po części rację, ale tylko
po części. Z jednej strony taki wiek, więc ten powód wykluczony być po prostu
nie mógł, ale też i uwielbiałem, co on robił ze światłem i cieniem, jak
genialnie budował klimat i jak wyśmienicie oddawał w swoich komiksach… No
wszystko oddawał, od seksownych kobiecych krągłości i twardych facetów, przez
krwawe i mroczne sceny, po budynki, wystrój i roślinność nawet.
Więc na to liczyłem w
„Noir Burlesque” i nie zawiodłem się, acz trzeba mieć na uwadze, że tu Marini
jest jakiś prostszy. Bardziej szkicuje, niż rysuje, czasem jakby trochę od
niechcenia, na szybko, ale nadal ma to swój urok, siłę, realizm. Kolor tym
razem jest stonowany, niemal czarnobiały – niemal, bo jak w „Sin City”, czasem
kolor pojawia się na stronach. O dziwo nie jest to mroczne dzieło, na tym polu
wydaje się wręcz delikatne, podobnie jak i na polu erotyki, której jest
stosunkowo niewiele i nie jest tak dosadna, jak w starszych pracach autora. Ale
i tak wszystko to w oko wpada i wrażenie robi.
A fabularnie? No to prosta, typowa robota. Widać, że autor stawiał głównie na rysunki, bo ani nad treścią się nie rozwodzi zbytnio, ani nie szafuje dialogami. Zresztą z Mariniego to nie scenarzysta, a rysownik, wie o tym dobrze, udawać nie próbuje. Chciał opowiedzieć historię, więc ją opowiada, ale przede wszystkim robi to za pomocą rysunków, choć akcja jest całkiem niczego sobie, a dialogom zarzucić nic nie można. Postacie nakreślone prosto, typowo, zaludniają świat, jak z wielu podobnych dzieł. Ale czy chodziło o coś innego? Właśnie. Więc każdy, kto sięgnie po to dzieło dla rysunków i typowego noir, będzie zadowolony. I o to chodzi.



Komentarze
Prześlij komentarz