Świrownia – Łukasz Radecki

POŚWIRUJ TROCHĘ

 

Radeckiego to ja lubię od lat. Nie że jakoś uwielbiam, ale od dobrych piętnastu wiosen czytam chętnie, jak coś wpadnie mi w ręce – od piętnastu bo tyle mniej więcej, a myślę, że więcej, choć ciężko byłoby to zweryfikować, minęło od mojego debiutu z jego prozą. A wpadają głównie opowiadania, choć kilka niezłych powieści też się znalazło – „Królestwo Gore”, „Zombie.pl” czy „Miasteczko”. Czyli rzeczy skierowane stricte dla dorosłych. Więc zastanawiałem się, jak poradzi sobie na nowym gruncie – a grunt to mocno nowy, bo nie dość, że Radecki pisze tym razem rzecz dla młodzieży, to jeszcze wkracza na tereny gry paragrafowej. I całkiem nieźle jest, całkiem przyjemnie i ogólnie nawet nie tylko młodzież może po to sięgnąć.

 

Jedni mówią, że to szpital psychiatryczny. A raczej był nim kiedyś. Inni nazywają go Świrownią. Tak czy inaczej, wszystko sprowadza się do tego, że miejsce jest opuszczone i pełne tajemnic – i, jak każde takie miejsce, krąży o nim masa legend. A legendy i tajemnice ciekawią każdego, młodzież w szczególności. I ta młodzież decyduje się je zgłębić, choć bardziej zależy im na możliwości chwalenia się tym przed znajomymi. Tylko co z tego wyjdzie? Poznają prawdę? Odkryją odpowiedzi? A może spotkają koszmar, który będzie kosztował ich, kto wie, czy nie życie?

 

Zacząć od plusów czy minusów? Zastanawiałem się jakiś czas, bo w sumie jakoś omawianie zawartości zacząć wypada. No i zdecydowałem się najpierw na minusy, bo w sumie mniej ich jest i chyba warto je wymienić już teraz, gdyby komuś nie chciało się czytać do końca. A mają one wpływ na odbiór całości i pewnie na decyzję brać się za to, czy nie, także. A co to za minusy? Raczej techniczne, bo chyba Radeckiemu zbytnio się nie chciało tego wszystkiego planować, więc czasem historia sprawia wrażenie zrobionej po macoszemu, by nie rzec na odwal. Bo wiecie, to jest gra paragrafowa, czyli czytacie rozdział i stajecie przed decyzją, jakiego wyboru dokonać. A w zależności od tego wyboru czytacie potem zupełnie różne rozdziały i… I często zabawa kończy się zbyt szybko i jeśli nie chcemy już opuszczać tej opowieści, musimy cofać się i podejmować nowe wybory. A to bywa irytujące i widać, że Radeckiemu zabrakło chęci by to jakoś zakręcić, pokombinować, żeby zabawa nie kończyła się tak szybko w tych konkretnych przypadkach. Inne elementy techniczne samej rozgrywki też mogłyby być lepiej wyważone.

 

Ale i tak jest fajnie całkiem, jest sympatycznie. Lekko to wszystko napisane, prosto, ale z klimatem. Widać, że Łukasz Radecki pisać potrafi. Nigdy nie pisał jakoś szczególnie rozbuchanie, nie smakował słów, tu jeszcze to uprościł, dostosowując pod wiek odbiorcy – choć i dorośli nie będą zawiedzeni, jeśli gry paragrafowe lubią i cenią – ale czyta się to całkiem przyjemnie, książka potrafi wciągnąć i ogólnie nie zawodzi. Mogłaby być bardziej rozbudowana, ale z drugiej strony w tej formie przynajmniej nie znudzi czytelnika / gracza, a to też ważne.

 

I tylko po wszystkim mam w sumie dwa wnioski. Warto było w to zagrać, to pierwszy z nich, bo ja takie gry bez prądu, wszelkiej maści planszówki, karcianki czy paragrafowe, lubię, a horrory jeszcze bardziej. A drugi wygląda tak, że w sumie miałbym ochotę zagrać w coś takiego, ale już skierowanego stricte do dorosłego czytelnika. Coś w czym byłoby mocno, krwawo, brutalnie i jeszcze bardziej nastrojowo. Ale na razie mamy coś takiego i wgryźć się to można i to śmiało. Poświrować bym rzekł.

 

Recenzja opublikowana także na portale Sztukater.

Komentarze