Trylogia Wiedźmin (gry)

WIEŚKI TRZY

 

Polak jak chce, to potrafi. Seria gier „Wiedźmin” to jeden z dowodów na to. Może nie idealny, może mający swoje minusy, ale w ostatecznym rozrachunku broniąca się bardzo dobrze i satysfakcjonująca bardziej, niż proza Sapkowskiego. Więc z okazji premiery odświeżonej trójeczki postanowiłem dorzucić od siebie o serii trzy grosze.

 

Geralt, wiedźmin, zajmuje się zabijaniem stworów nękających ludzi. Ale jemu samemu bliżej chyba do takiej bestii, niż człowieka jako takiego. Straciwszy pamięć, stara się odkryć o sobie prawdę, wykonując kolejne zadania. I to właściwie tyle, jeśli – w dużym skrócie – chodzi o fabułę.

 

Trylogię „Wiedźmina” przeszedłem stosunkowo niedawno. Swego czasu, lata temu, zasiadłem do jedynki i może po godzinie grania odinstalowałem grę. Nie kręciła mnie rozrywka, w której na dwie minusy grania musze oglądać dziesięć minut animacji, do tego opartych na prozie, za jaką nie przepadam, z nietrafiającymi do mnie żartami i nawiązaniami, które wydają się bardziej naśmiewaniem z gatunku i czytelników, niż satyrą fantasy. Wróciłem po dłuuuugiej przerwie namówiony przez moją lepszą połowę, zmęczyłem koszmarnie nudny początek i w końcu dałem się wciągnąć. Kupiła mnie może nie fabuła, ale klimat na pewno. Tu wszystko było takiej swojskie, te wiejskie tereny sprzed Wyzimy, jak z obrzeży i okolic mojego miasta rodzinnego, ten nastrój panujący nocą (przyznam, że większość gry przechodziłem medytując do godzin po zmierzchu) i ogólnie dobra zabawa.

 

Pierwszego „Wieśka” przez 2/3 gry ogrywałem tak, by przechodzić wszystkie poboczne zadania, potem się znudziłem, ale to i tak sukces, bo poza „Tomb Raiderami”, tych pobocznych wyzwań raczej unikam, niż w nie brnę. Kupiło mnie też to, że można było grać zarówno z trybie TPP, jak i izometrycznym (i to w dwóch wersjach do wyboru), gdzie do całej zabawy wystarczała myszka. To było przyjemne novum, jakiego potem mi zabrakło w dalszych częściach. Owszem, animowane przerywniki nadal mnie dobijały – choć już nie tyle – ładowanie gry potrafiło zirytować, a na dodatek liczne błędy, wyrzucanie do pulpitu czy totalnie niedopracowane dodatki, gdzie znikały postacie, po budynkach zostawały tylko ich cienie albo nie było głosu wołały o pomstę do nieba, jednak bawiłem się dobrze. Sięgnąłem więc po dwójkę i…

 

Dwójka to gra, która sprawia wrażenie produktu wykreowanego na siłę. Przerywnika, który miał zająć czymś graczy w oczekiwaniu na wielki finał. Trzeba było domknąć wątki, więc na tym skupiono, ale nie zrobiono tego tak, jak należy. Ta część miała jeden plus, poprawiono nieco sama walkę (chociaż system walk na pięści to jedna wielka porażką), reszta jednak zawiodła. Gra, choć nieco podkręcono animację, zatraciła cały klimat, wizualnie ładna, jakoś odrzucała prześwietleniem plenerów i tym podobnymi „atrakcjami”. Zabrakło jej swojskości, fabuła nijak mnie nie wciągnęła, mimo mocno tolkienowskich klimatów, zadania poboczne darowałem sobie właściwie od razu, po zdobyciu niezbędnej ilości punktów do tego, co chciałem osiągnąć i dopiero w połowie zacząłem nieźle się bawić, ale tylko nieźle. Bo został zwyczajny RPG bez tego, za co ceniło się poprzednika.

 


I wtedy włączyłem „Dziki gon”. Liczyłem na powrót do klimatów jedynki, liczyłem na podniesienie poziomu, nie liczyłem jednak, że to będzie aż tak świetna gra. A była. Jest. Trochę czasu od jej wydania już minęło, znam lepsze gry, chociaż chyba nie RPG-i, swoje błędy miała (po co dbać o realizm niektórych rzeczy, jak przeciążenie Geralta czy monotonne pływanie łodzią z celu do celu, skoro brak realizmu np. w przywoływaniu konia – co on się teleportuje, czy jak? – a czasem rzecz irytowała nadmiarem wszelkich znajdziek, powtarzalnością czy błędami: wróg spadający przez most czy Wiesiek zapadający mi się w kamień to tylko niektóre z nich, zabrakło też tego nocnego klimatu jedynki), ale zabawa, jaką zapewniała była wyśmienita.

 

Właściwie wszystko, co poprawiono, poprawiono tu na plus. Świat jest gigantyczny, otwarty (choć są miejsca, gdzie nie dotrzecie) i bogaty. Mnóstwo tu różnorodności, w zależności od regionu zmienia się nawet cykl dobowy i pogoda, grafika jest wyśmienicie dopracowana, dźwięk i muzyka rewelacyjne, system walki to perełka, sterowanie się poprawiło, doszła jazda konna, pływanie, nurkowanie, Wiedźminem wreszcie można skakać, wspinać się w naturalny sposób, można też więcej grać nie tylko nim (Ciri!) i to granie się od siebie różni. Więcej tu humoru, masa świetnych nawiązań od literatury („Wywiad z wąpierzem”), przez gry („Wrota Baldura”) na filmach skończywszy („Żywot Briana”). Są tu nawet żarty ze słynnych powiedzeń komentatorów sportowych. A najwięcej i wszystko, co najlepsze ten trzeci „Wiesiek” zawdzięcza „Tomb Raiderowi” („Batmanom" z serii „Arkham"). Bo mamy tu nie tylko nawiązania do „Tomba" (choćby to, że jeśli do jednej z ruin w jaskini na Skellige dotrzecie zanim zaprowadzi Was tam zadanie, usłyszycie motyw muzyczny z „TR”), ale też i rozwiązywanie zagadek czy szukanie skarbów rodem z przygód Lary Croft.

 


Świetna jest tu też fabuła. A ja po raz pierwszy chyba, po ponad stu godzinach grania, nie byłe znudzony, wciąż chciałem szukać wszystkich tych ukrytych kosztowności kontrabandy, wykonywać zadania poboczne itp. I jedynie rozgrywki w „Gwinta”, kolejna nowość, na początku do mnie nie trafiały i je akurat konsekwentnie pomijałem - a potem się wciągnąłem i ogrywałem wszystkie możliwe partyjki i było mi mało.  W wyścigach konnych też całkiem lubiłem brać udział. A i jeszcze trzeb pamiętać o dwóch dodatkach fabularnych, które przy swej długości mogłyby właściwie być oddzielnymi grami, a także fakcie, że ta część nie jest tak samcza, jak poprzednie i mniej tu chędożenia, jako takiego.

 

Podsumowując, mimo błędów i pewnych porażek, trylogia „Wiedźmin” to świetna rzecz. Nie powiem, że to arcydzieło, chociaż w swoim gatunku pewnie nim jest, nie powiem, że to najlepsza gra, w jaką grałem, bo są „Tomb Raidery”, które bardziej mnie zachwyciły, a i przy „Alien: Isolation” też bawiłem się lepiej, niemniej i tak pierwszy i trzeci „Wiesiek” zostaną w moim sercu. No i trójka to jedna z nielicznych gier, które po skończeniu chciało mi się przechodzić na nowo, choć na liczniku nabite miałem jakieś 215 godzin rozgrywki. Może trafiły tam za późno, bywa, ale jak to mówią, lepiej późno, niż wcale. A teraz jeszcze można się tym cieszyć w nextgenowym wydaniu. 

Komentarze