Up above,
aliens hover
Making
home movies for the folks back home.
Of all
these weird creatures who lock up their spirits,
Drill
holes in themselves and live for their secrets.
- Radiohead
„Dead Dead Demon's Dededede Destruction” to Inio
Asano, czołowy ponurak japońskiego komiksu, w szczytowej formie. To, bowiem, co
serwuje nam w tej serii, sprawdza się zarówno jako opowieść o kosmitach,
historia o ludzkiej naturze, okruchy życia w klimatach szkolnych realiów,
obyczajowa rzecz o nastolatkach, komiks o sympatycznych dziwakach niczym z
filmów Taiki Waititiego i romans jednocześnie. I w tym trzecim już kolei
zbiorczym tomie, wszystko to jest jeszcze mocniej akcentowane i coraz większe
robi wrażenie, a także bardzo fajnie wnika w relacje na linii człowiek-obcy.
Tokio staje się coraz mniej przyjaznym miejscem dla
kosmitów. Hujiny bronią bezpieczeństwa, nowe prawo pozwala cywilom zabijać
obcych, a chętnych do dołączenia się do walki z najeźdźcą nie brakuje. Ale czy
kosmici to rzeczywiście zagrożenie? I czy nie należą im się jakieś prawa?
Na tle tych wydarzeń dzieją się mniejsze, ale wcale
nie mniej ważne. Bo oto Oncia spotyka kosmitę. Kosmita udaje człowieka,
wychodzi mu tu w dość osobliwy sposób, ale kiedy trafia z Oncią do mieszkania
Kadode, szybko zjednuje sobie sympatię innych. Ale czy ma szansę odnaleźć się w
tym normalnym życiu, skoro polowanie na obcych trwa?
Każda dobra opowieść Science Fiction, a tym przecież jest „Dead Dead Demon's Dededede Destruction”, elementy gatunkowe traktuje nie jako clou wszystkiego, a jedynie narzędzia do osiągnięcia innego, większego i ważniejszego celu. I dokładnie tak jest tutaj. Asano zrobił bowiem mangę, w której temat kosmitów, ich pojawienia się, relacji i techniki fascynuje, ale nie jest najważniejszy. Są pytania, są wątpliwości, nie wiadomo wielu rzeczy, tajemnice są, bo kiedy padają jakieś odpowiedzi, pytań tylko przybywa, jest też to akcja, klimat, ale… No właśnie, to ledwie tło, fundament, na którym budowana jest cała, jeszcze bardziej porywająca reszta. Tło rewelacyjne, wyśmienite, acz stanowiące zaledwie piękną otoczkę dla spraw istotniejszych.
A co to za sprawy? Przede wszystkim rozważania o
ludzkiej naturze. Nie tak jasne do określenia w ramach konkretnego tematu
poruszanego w danym tomie, bo tego jest mnogość i różnorodność. Ale to, co
można rzec, to to, że mamy tu dożo o naszych relacjach z innymi, z otoczeniem,
ale i z samymi sobą. W opowieści zaludnionej typowymi dla Asano, nie do końca
normalnymi, ale jakże nam bliskimi postaciami, ważniejsze jest pokazywanie tej
dziwności, poszukiwania swojego miejsca, obcości świata, który znamy i rzeczywistości
zbyt bliskiej, niż mogłoby się wydawać. I te postacie, fajnie i przekonująco
skrojone, trochę już tu dojrzewają, jesteśmy w końcu na półmetku opowieści. I
trochę też w tym tomie ulegają zmianie ich relacje.
A jednocześnie „Dead Dead…” to, co podkreśla ten tom, coraz bardziej opowieść o uczuciach. O emocjach. O miłości. Coś, co skłania do zastanowienia, zamyślenia, co pobudza nasz apetyt na więcej i pozostawia w stanie niedosytu, zawieszenia i czekania. Wszystko to przebiega właściwie od samego początku tej opowieści w ten sam sposób. W tym tomie więcej jest jednak scen z perspektywy kosmitów, więcej pokazania ich zdolności i techniki, a zarazem i więcej krwawych momentów, ukazujących ludzkie okrucieństwo i bezduszność wojska i polityki. I jeszcze mocniej widzimy tym razem siłę propagandy, ale też i podziały, jakie w społeczeństwie narastają coraz bardziej. A pewien rozdźwięk między tym wszystkim, między całymi tymi przepychankami na temat patriotyzmu i obrony kraju z jednej, a praw kosmitów z drugiej strony, bardzo mocno wybrzmiewa też w niektórych momentach w samej formie komiksu, co robi wrażenie. Jednocześnie więcej jest tu romantycznej nuty, która pobrzmiewa w relacjach jednej z bohaterek z kosmitą. Niby pewne romantyczne elementy już w serii były, ale teraz nieco uległy konwersji. I okej, może ta relacja to nie tak do końca romans jak na razie i wymaga rozbudowania w dalszych częściach, ale czuje się w niej coś takiego… No zobaczymy co z tego dalej wyniknie, ale jest super, że w tym kierunku to zmierza, bo ja to taka romantyczna dusza (i przez „Archiwum X” miłośnik kosmitów w popkulturze, dlatego tak to wszystko lubię) i mnie to kupuje.
A jeszcze genialniejsze niż treść, są tu rysunki.
Asano to mistrza. Genialny realizm, genialny klimat, genialne bogactwo detali i
mimika równie genialna. Co tu dużo mówić, nie ma tu ani jednego zbędnego kadru,
ani jednej zmarnowanej kreski, żadnych błędów, tylko czyste, niemal
fotograficzne piękno zaklęte w czarnobiałe grafiki. A w tych grafikach są
emocje, jest siła, jest magia…
Cudo, po prostu cudo. Wielka rzecz, która
niezmiennie robi gigantyczne wrażenie. Z pamięci nie znika szybko, a po
wszystkim zostaje nie tylko wspomniany niedosyt, ale przede wszystkim ochota,
by po polsku wyszło coś więcej Asano. Co tam więcej, by wyszło wszystko. A i
tak będzie nam mało.
Tytuł kupicie tutaj:

Komentarze
Prześlij komentarz