Mangowej adaptacji ostatniego dragonballowego filmu
ciąg dalszy. No i fajnie jest, trochę inaczej, choć wiernie, acz nadal, jak i
film, tak i to nie jest ani oryginalne, ani zbytnio udane. Co nie zmienia
faktu, że nadal bawię się przyzwoicie i z sentymentem. A w mangowej wersji
nawet lepiej wchodzi ten brak pomysłów, niż w wersji anime.
Gamma kontra Piccolo! Piccolo, który z Armią
Czerwonej Wstęgi jako taką do czynienia nic właściwie nie miał, teraz musi
stawić czoła najnowszemu jej androidowi. I nie jest lekko, chociaż przeciwnik
go nie docenia. Więc kiedy jest już po wszystkich – choć po wszystkim wcale nie
jest – Piccolo przenika między wroga by dowiedzieć się o co w tym wszystkim
chodzi i…
I ten odcinek podzielony jest na części. A każda z
nich na mniejsze części. Najpierw mamy część o Piccolo, której pierwsza połowa
to jedno wielkie mordobicie, druga zaś to gadanie, co, jak i czemu odnośnie
Cella Max i Gamm (Gammów?). A potem to już część o Gokū i znów większość to
lanie się po mordach z Brolym, a reszta to gadanie i… I koniec.
Tyle, więc i rozpisywać się nie ma o czym, ale
chociaż to wtórne jest i to mocno i powiela to, co w filmie mnie drażniło,
nadal fajnie się czyta. Nie wiem, ale nawet kiedy Tori – a raczej Toyo, bo to
jego już więcej w „Super” niż pierwotnego twórcy – zawsze jakoś daje radę. Wszystko
było? Okej, ale można jeszcze podoić tę krowę. Robią to na Zachodzie, tym
amerykański komiks stoi, ale jednak Japończycy, jak pokazują tutaj, potrafią
robić to lepiej.
I tyle. Plus przyjemne rysunki, oczywiście. Na „DB”
się wychowałem i budzi mój sentyment, może chętniej przez to przymykam oko, ale
i tak, serio, fajne to jest.



Komentarze
Prześlij komentarz