Superbohaterowie Marvela: Tajne Wojny - Jim Shooter, Mike Zeck

WOJNY REKLAMOWE

 

Niektórzy uwielbiają ten event, inni mieszają z błotem. Bywa. Jedni tłumaczą, że jego infantylność wynika z tego, że takie wtedy po prostu były komiksy, inni odbijają piłeczkę mówiąc, że jednak komiksy dobrych twórców i w owych latach 80., a nawet wcześniej, potrafiły być znakomite, a ten nie jest. Trzeba jednak pamiętać o tym, że to tak naprawdę nic innego, jak komiksowa reklama serii zabawek, które Marvel chciał jakoś wypromować. A jednocześnie ważna historia, bo w końcu pierwszy event w dziejach. Chociaż wcale tak nie do końca. Co nie zmienia faktu, że i tak znać go wypada, a momentami nawet warto.

 

Ziemscy herosi mierzyli się już z niejednym wrogiem. Teraz jednak czeka ich największe wyzwanie w dziejach. Tajemniczy Beyonder przenosi i ich, i ich największych wrogów, na obca planetę, gdzie będą musieli walczyć ze sobą i… Właśnie, co kryje się za tym wszystkim?

 

Jedna z teorii mówi, że pomysł na „Tajne wojny” Marvel ukradł konkurencyjnemu DC Comics. Bo DC do pierwszego w dziejach komiksowego eventu w postaci maxiserii, czyli „Kryzysu na nieskończonych Ziemiach” przygotowywało się już od roku 1981 i podobno Marvel podchwycił ideę i na szybko przekuł ją w niniejszą opowieść, byle wyprzedzić konkurencję, co mu się udało – „Kryzys” na sklepowe półki trafił rok później. Inna wersja mówi, że po prostu Marvel rozwinął ideę wydanego w 1982 roku crossovera „Marvel Super Hero Contest of Champions”. Tak czy inaczej wszystko sprowadza się do tego, że seria powstała, bo firma zabawkarska Mattel chciała wypuścić figurki z bohaterami Marvela i zależało jej by je wypromowano, a forma opowieści, gdzie spotykają się bohaterowie była odpowiednia. Więc powstała ta dwunastoczęściowa historia, a po niej jej kontynuacje i zaczęły się wydarzenia, które są stałym elementem komiksowego świata.

 


Ale zaczęło się od „Tajnych wojen” i to podstawowa przyczyna, dla której opowieść warto jest poznać. Bo nie oszukujmy się, ale całość jest naiwna, przegadana i bardzo uproszczona. Ma to swój urok, ja tam klasykę tego typu lubię, ale widać, że to komiks, na który większego pomysłu nie było i powstał jedynie, bo musiał. Mimo to ekipa twórców z Jimem Shooterem na czele, stara się to wszystko zrobić jak najbardziej atrakcyjnym. Więc masa postaci walczy z masą wrogów w kosmicznej scenerii, ale po wszystkim właściwie jedyną istotną zmianą, jaka zostaje z nami jest to, że to właśnie tu debiutował czarny kostium Spider-Mana, który potem zdominował przygody Pajęczaka na długi czas i wracał coraz, dając początek Venomowi i całej masie symbiontów.

 


Nawiną, ale całkiem uroczą i ujmującą fabułę uzupełniają przyjemne rysunki. Mike Zeck, który kilka lat później wyśmienicie zilustrował „Ostatnie łowy Kravena”, tu jeszcze nie operuje własnym stylem. Wraz z Laytonem dostosowują kreskę by była typowa dla okresu, podobna do wszystkiego, co wtedy się wydawało, co zarzutem nie jest. Czasem jednak kadry są trochę ubogie, puste, mimo akcji brakuje czegoś w tle, ale i tak ogląda się to bardzo przyjemnie, lepiej niż czyta. W skrócie, można. Trzeba, jeśli jest się fanem komiksów, choć musicie mieć na uwadze, że to rzecz archaiczna, która nie zestarzała się jakoś wybitnie dobrze i takie klimaty po prostu trzeba lubić, by dać się w to wszystko wciągnąć i dobrze bawić.

Komentarze