Niektórzy uwielbiają ten event, inni mieszają z
błotem. Bywa. Jedni tłumaczą, że jego infantylność wynika z tego, że takie
wtedy po prostu były komiksy, inni odbijają piłeczkę mówiąc, że jednak komiksy
dobrych twórców i w owych latach 80., a nawet wcześniej, potrafiły być
znakomite, a ten nie jest. Trzeba jednak pamiętać o tym, że to tak naprawdę nic
innego, jak komiksowa reklama serii zabawek, które Marvel chciał jakoś wypromować.
A jednocześnie ważna historia, bo w końcu pierwszy event w dziejach. Chociaż
wcale tak nie do końca. Co nie zmienia faktu, że i tak znać go wypada, a
momentami nawet warto.
Ziemscy herosi mierzyli się już z niejednym
wrogiem. Teraz jednak czeka ich największe wyzwanie w dziejach. Tajemniczy
Beyonder przenosi i ich, i ich największych wrogów, na obca planetę, gdzie będą
musieli walczyć ze sobą i… Właśnie, co kryje się za tym wszystkim?
Jedna z teorii mówi, że pomysł na „Tajne wojny”
Marvel ukradł konkurencyjnemu DC Comics. Bo DC do pierwszego w dziejach
komiksowego eventu w postaci maxiserii, czyli „Kryzysu na nieskończonych
Ziemiach” przygotowywało się już od roku 1981 i podobno Marvel podchwycił ideę
i na szybko przekuł ją w niniejszą opowieść, byle wyprzedzić konkurencję, co mu
się udało – „Kryzys” na sklepowe półki trafił rok później. Inna wersja mówi, że
po prostu Marvel rozwinął ideę wydanego w 1982 roku crossovera „Marvel Super
Hero Contest of Champions”. Tak czy inaczej wszystko sprowadza się do tego, że
seria powstała, bo firma zabawkarska Mattel chciała wypuścić figurki z
bohaterami Marvela i zależało jej by je wypromowano, a forma opowieści, gdzie
spotykają się bohaterowie była odpowiednia. Więc powstała ta dwunastoczęściowa
historia, a po niej jej kontynuacje i zaczęły się wydarzenia, które są stałym
elementem komiksowego świata.
Ale zaczęło się od „Tajnych wojen” i to podstawowa
przyczyna, dla której opowieść warto jest poznać. Bo nie oszukujmy się, ale
całość jest naiwna, przegadana i bardzo uproszczona. Ma to swój urok, ja tam
klasykę tego typu lubię, ale widać, że to komiks, na który większego pomysłu
nie było i powstał jedynie, bo musiał. Mimo to ekipa twórców z Jimem Shooterem
na czele, stara się to wszystko zrobić jak najbardziej atrakcyjnym. Więc masa
postaci walczy z masą wrogów w kosmicznej scenerii, ale po wszystkim właściwie
jedyną istotną zmianą, jaka zostaje z nami jest to, że to właśnie tu debiutował
czarny kostium Spider-Mana, który potem zdominował przygody Pajęczaka na długi
czas i wracał coraz, dając początek Venomowi i całej masie symbiontów.
Nawiną, ale całkiem uroczą i ujmującą fabułę
uzupełniają przyjemne rysunki. Mike Zeck, który kilka lat później wyśmienicie
zilustrował „Ostatnie łowy Kravena”, tu jeszcze nie operuje własnym stylem.
Wraz z Laytonem dostosowują kreskę by była typowa dla okresu, podobna do
wszystkiego, co wtedy się wydawało, co zarzutem nie jest. Czasem jednak kadry
są trochę ubogie, puste, mimo akcji brakuje czegoś w tle, ale i tak ogląda się
to bardzo przyjemnie, lepiej niż czyta. W skrócie, można. Trzeba, jeśli jest
się fanem komiksów, choć musicie mieć na uwadze, że to rzecz archaiczna, która
nie zestarzała się jakoś wybitnie dobrze i takie klimaty po prostu trzeba
lubić, by dać się w to wszystko wciągnąć i dobrze bawić.




Komentarze
Prześlij komentarz