Suzume


DRZWI PANDORY

 

Nie sądziłem, że tego doczekam, ale proszę, mamy w końcu film Makoto Shinkaia oficjalnie w polskich kinach. Szkoda, że to nie „Twoje imię”, bo niestety „Suzume” to już nie ten poziom – bliski, ale nie do końca – co nie zmienia faktu, że na seans wybrać się warto. I że „Suzume” to kawał doskonałego, nasyconego emocjami kina, na które patrzy się z zachwytem nad jego stroną wizualną.

 

Są drzwi, których otwarcie może być niebezpieczne. Jest mężczyzna, których ich szuka. I jest ona, Suzume, siedemnastolatka, która owego mężczyznę spotyka i od tej chwili jej życie się zmienia. Bo tak oto sama dociera do drzwi, samotnych, stojących w wodzie, zagląda za nie, by odkryć niezwykły świat, do którego wejść nie może i by odkryć figurkę, która zmienia się w żywego kota. Ale… Właśnie, to co magiczne, może być też niebezpieczne, coś tu się czai, coś złego nadciąga nad Tokio i tylko ona – z pomocą m.in. gadającego kota i równie gadatliwego, trójnogiego krzesła – będzie musiała ocalić świat!

 

Właściwie każdy film Shinkaia to nic innego, jak wciąż powielane podobne schematy, choć w nieco innej scenerii czy fabule. Z jego kinem jest jak z książkami Johna Irvinga, niby różnią się od siebie, bo opowiadają o cyrku, albo o hotelu, albo o ucieczce z domu, jednak za każdym razem to tylko pretekst do wciśnięcia w nie wszystkiego, co autor uwielbia, co go kształtuje i co dla niego ważne. No i to samo robi Shinkai. I to jest jak najbardziej okej, dopóki rzecz nie nuży ani nie staje się parodią samej siebie. A „Suzume” nie nuży, parodią też nie jest, acz już wałkowanie po raz kolejny podobnych rzeczy sprawia, że emocje nie są już takie, jak wcześniej. Bo trochę za blisko „Suzume” leży „Weathering With You”, by robiło takie wrażenie, jako ono. Zresztą już ta pogodowa historia nie porywała tak, jak „Twoje imię” czy „5 centymetrów na sekundę”.

 

Więc pewien zarzut mam, ale co tam. Shinkai nadal opowiada to wszystko z takimi emocjami, że nie da się nie zachwycić parę razy. Fabuła, którą skleca – jakaś taka bardziej w stylu Miyazakiego tym razem – jest tradycyjnie tak prosta, że nie trzeba skupiać się na treści. Zamiast tego i twórcy, i my, koncentrujemy się na emocjach i uczuciach. A tym Shinkai świetnie żongluje, podobnie zresztą, jak dramatyzmem, romantycznymi momentami i tempem akcji. Film trwa dwie godziny, ale nudzić się na nim nie sposób. Okej, tym razem nie zaciskałem z emocji pieści, jak na „Twoim imieniu”, niemniej niejedną strunę produkcja poruszała we mnie. I chociaż wszystko to już widziałem, po wszystkim wciąż było mi mało.


A i tak najlepszym, co ten film ma do zaoferowania, jest strona wizualna. Każda kinowa produkcja Shinkaia to animatorskie mistrzostwo. Genialne, hiperrealistyczne tła, budujące klimat światło i barwy, świetna mimika i najdrobniejsze detale wszelkiej maści, pozwalające mocniej w to wszystko wniknąć sprawiają, że od ekranu nie da się oderwać wzroku. Te filmy stworzone są by oglądać je w kinie, bo tylko wtedy da się docenić rozmach i drobiazgowość tego, na co patrzymy. A tu jeszcze poprawił się design postaci i nie stanowi takiego dysonansu między nimi, a dalszymi planami i tłem, co cieszy, bo czasem mi to w starszych filmach zgrzytało.

 

Resumując, warto. Nadal wolałbym na wielkim ekranie zobaczyć inne filmu Shinkaia, ale cieszę się, że „Suzume” trafiła do naszego kraju w tej formie. I oby więcej było takich premier – liczę na to, bo od pewnego czasu mamy ich całkiem dużo, jak na polskie realia.

Komentarze