Każdy event Marvela to nawalanka, co tu dużo mówić.
Zbiera się grupka herosów i naparza się z grupką wrogów. Tyle. Powiedzenie więc,
że jakieś wydarzenie to nawalanka, byłoby frazesem. Są jednak takie eventy,
które szczególnie zasługują na to miano i do nich zdecydowanie należy „Wielka
Wojna Hulka”. No bo całe to wydarzenie, w oryginale rozpisane na sporą ilość
serii, a w Polsce ograniczone właściwie do jednego tomu, czyli głównej
opowieści, to właściwie jedno wielkie mordobicie, z którego wiele nie wynika.
Ale sporo tu dobrej zabawy w stylu kinowych filmów akcji, gdzie ciągle coś
wybucha, akcja pędzi tak szybko, że sens jej jest zbędny, a przez strony
przewija się cała masa znajomych twarzy.
Chcieli się go pozbyć. Teraz on pozbędzie się ich.
A przynajmniej spróbuje. Ziemscy bohaterowie, a
przynajmniej ich część, doszli do wniosku, że Hulk stanowi zbyt wielkie
zagrożenie i wysłali do w kosmos. Tam znalazł drugie życie, wydawało się, że
coś sobie poukładał, ale niestety, doszło do tragedii, a teraz wraca. Wraca na
Ziemię, wraca po zemstę i zaczyna wojnę. Czy siły bohaterów dadzą radę
zagrożeniu tak wielkiemu, że nasza planeta może go nie przetrwać?
Lata dwutysięczne to prawdziwy wysyp eventów. W tym czasie Marvel nie tylko ledwie kończył jedno wydarzenie, a zaczynał drugie, ale i ciągnął po dwa takie na raz. W 2005 mieliśmy „Ród M”, w 2006 z głównych eventów pojawiła się „Wojna domowa”, a jednocześnie z nią działa się „Anihilacja”, zaraz potem były takie historie, jak „The Initiative” czy „Wielka Wojna Hulka”, a analogicznie do nich działy się wydarzenia prowadzące do „Wojny królów” z 2009. Ale zanim ta wojna nastąpiła, mogliśmy czytać drugą „Anihilację” i „Tajną inwazję” – i „Dark Reign” też się wtedy działo. A potem jeszcze „Oblężenie”, „Domena królów” i masa, masa innych, aż po „Krainę cieni”. A to tylko w ciągu pięciu lat. I nie wymieniam też mniejszych wydarzeń, dziejących się w ramach jakiejś grupy serii jedynie, jak wszystkie te historie z „Mesjaszem” w tytule u X-Men, czy dalsze opowieści z Hulkiem i jego wojną. A raczej z Hulkami.
Więc na takim tle „WWH” mogło spokojnie przejść
niezauważone. Ale to, co jakichś wielkich zadatków na dobrą opowieść nie miało,
rozdmuchane zostało do łącznie ponad 50 zeszytów i… Nie czytałem wszystkiego,
więc o reszcie się nie będę wypowiadał. Próbowałem swego czasu, ale wysiadłem
po paru numerach. Urzekła mnie wówczas „Fantastyczna czwórka” Straczynskiego,
wprowadzenie do „Planety Hulka”, które było znakomite, bo świetnie wnikało w
obyczajowo-społeczne wątki i pogłębiało nieprzekonujące mnie zazwyczaj
postacie, ale sama „Planeta Hulka”… odpadłem po pierwszym tomie wydanie „WKKM”
i nie wróciłem. Ale fanem eventów jestem, więc teraz w końcu sięgnąłem po
„Wielką Wojnę Hulka”, która „Planetę” wieńczy. I czytało się fajnie.
Jak mówiłem, mordobicie to i tyle. pak to nie
scenarzysta, który by do mnie przemawiał, w większości jakość tak miałko
wychodzą mu te komiksy, zachowawczo. Stara się robić fabuły, ale te do mnie nie
trafiają. Więc dobrze, że tu nie próbuje kombinować, że serwuje nam historię,
której właściwie nie ma tylko zmienia to w bitewniak. Bo popatrzeć jest na co
nudzić się nie ma gdzie, a wielka rozwałka zawsze jest miła. No, a że rysuje to
wszystko Romita Jr., mistrz urazów i demolki, naprawdę dobrze się to ogląda. I…
I tyle. Ale o to chodziło. Nic mnie tu nie
zaskoczyło, nic też nie zawiodło. Dostałem to, co chciałem, czyli popis
niszczycielskiej mocy Hulka niczym nieokiełznanego żywiołu. Ot i całkiem fajnie
było.




Komentarze
Prześlij komentarz