Amazing Spider-Man. Epic Collection #24: Invasion of the Spider-Slayers – David Michelinie, Eric Fein, Peter David, J.M. DeMatteis, Roy Thomas, Steven Grant, Tom DeFalco, Jack C. Harris, Gerry Conway, Al Milgrom, Terry Kavanagh, Mike Lackey, Mark Bagley, Michael Blair, Aaron Lopresti, Jeff Johnson, Tom Lyle, Pat Oliffe, Scott Kolins, Dan Panosian, Larry Alexander, Tod Smith
Dosłownie na moment
przed „Maxiumum Carnage”, ostatnią regularną opowieścią Micheliniego o symbiontach i
niemal wielkim finałem runu tego scenarzysty, dostajemy ostateczne starcie z
Venomem. Zanim więc ten finał nastąpi, wątki rozpoczęte poprzednio się
rozkręcają, nowe dochodzą i na stronach dzieje się tradycyjnie sporo. A na
dodatek mniej dzieje się pobocznie, bo w dodatkach tym razem tylko jeden
annual, za to wpadł bardzo przyjemny i przede wszystkim nastrojowy one-shot ze wspólną
przygodą Strange’a i Spidera.
Na początek
Spider-Man i Dr. Strange trafiają do wymiaru śmierci. A tam czeka na nich
mroczne starcie z demonami. Potem wracają Spider-Slayersi. Pytanie jednak kto
tym razem stoi za tym wszystkim? I czemu to robi? Mało? To powraca Venom, ale
tym razem czeka go… proces! Ale to nie koniec problemów z nim. Ani z innymi, bo
są tu jeszcze Styxe i Stone, Annex, Scorpion, Electro, a jakby tego było mało
to jeszcze Black Cat pojawia się na horyzoncie i… No i są jeszcze rodzice
Petera, wokół których dzieją się dziwne rzeczy i…
W poprzednim tomie
świętowano trzydziestolecie istnienia postaci. W tym tomie pora na kolejny
jubileusz, tym razem 375 numerów. Niby nic takiego, ale Michelinie postanowił
go uczcić i zrobił serwując nam ostateczne starcie z Venomem. To, które
prowadzi bezpośrednio do miniserii „Venom: Zabójczy obrońca”, a w dalszej
perspektywie kolejnych solowych projektów z Jadowitym. Ale to już inna bajka, a
to, co mamy tu, to przede wszystkim domykanie niektórych wątków i rozwijanie
innych.
I tak to wygląda. Znów
dużo akcji, znów postaci sporo, wrogów do oklepania gęby i trochę wątków
obyczajowych. Fajnie to Micheliniemu wychodzi, chociaż może się wydawać, że
wciąż goni wokół tych samych wątków, postaci etc., ale robi to, bo to czuje, bo
lubi, bo zżył się i bo ma jeszcze coś w temacie do opowiedzenia, więc opowiada.
I dobrze to robi. A partnerujący mu artyści zgrabnie tego wszystkiego
dopełniają. Jest akcja, jest fantastyka, horror momentami nawet, jest sporo
typowej superbohaterszczyzny i wątków obyczajowych także. Czy sam pomysł z
rodzicami Petera nie jest przegięty, to już zależy od czytelnika, ale
poprowadzenie go jest dla mnie bardzo udane. No i wprowadzało do serii trochę
świeżości, wypadając lepiej, niż większość współcześnie eksploatowanych wątków
– z siostrą Parkera na czele.
No i jeszcze te
rysunki. Bagley tu to już jego szczytowa forma. Styl ma wypracowany, wyrazisty,
choć jeszcze tkwi w estetyce poprzedników i jak oni bohaterkom dodaje
maksymalnie dużo seksapilu i nagości (a może to wina/zasługa scenarzysty?).
Niemniej ma to swój charakter, ma klimat i ten oldschoolowy, ale jednocześnie
atrakcyjny także współcześnie, look, który pokochałem jako dzieciak.
Ja jestem zadowolony.
Sentymenty ożyły, zabawa okazała się naprawdę dobra. Taka, za jaką się tęskni,
pamiętając z dzieciństwa jakieś historie, a jakiej brakuje współczesnym
opowieściom graficznym. A kolejny tom to już „Maximum Carnage”. Czyli akcja,
akcja, niewiele sensu, ale ten klimat, te wydarzenia, te grafiki… No czekam na
wznowienie z niecierpliwością i tyle.
P.S. Dla miłośników
TM-Semiców – tu znajdziecie przedruki materiałów, które znacie z polskiego
„Spider-Mana” numery 10-12/1994.



Komentarze
Prześlij komentarz