Egon – Tatjana, Alberto Ponticelli


EGON, KLAWO JAK CHOLERA?

 

Kiedy swego czasu, ponad dwie dekady temu, Mandragora wypuściła na rynku ten komiks, mówiło się o nim, jako o swoistym niedorobionym „Lobo”. No i coś w tym jest. To, co serwuje nam tajemnicza Tatjana z pomocą Alberto Ponticelliego, to rzeczywiście rzecz w takim stylu – w stylu Lobo, Maski, Deadpoola trochę też. Niespełniona, jakby być mogła, bo jednak sporo zabrakło, bym czytając, chciał zacytować klasyka i rzucić „Egon, klawo jak cholera”, ale nie jest też tak źle, bym ciepnął tym w kąt i powiedział, że nie warto było.

 

Egon ma wielki nos i wielkie mięśnie. A i przy okazji nie czuje bólu i umrzeć też nie może. Co z tym robi? A zabija ludzi. Tylko nie jest to tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać, bo robi to z konkretnych pobudek – wyzwala od życia tych, którzy jego zdaniem żyć już nie chcą. Co jednak będzie, kiedy zabije przypadkowo nie tę osobę?

 

„Egon” i „Lobo” mają ze sobą sporo wspólnego. Pełna przemocy i zabijanie opowieść o szalonym rzeźniku? Brak poprawności politycznej? Absurdy? Tu nawet kreska Ponticelliego – tak, tego gościa, który choć rysować potrafi, zawiódł tak bardzo „Blade’em 2” – idzie w estetykę, jaką w „Lobo” serwował nam Bisley. No i jest jeszcze okładką Alexa Horleya, który narysował „Lobo: Śmierć i podatki” czy „Lobo: Wyzwolony”. Ba, Lobo tez tu się pojawia w tle. Wszystko wskazywało więc na to, że to musi się udać a… Nie no tragedii nie ma, rzecz ma całkiem spoko klimat i sporo udanych scen. Po prostu brakuje jej tej szelmowskiej wdzięczności „Lobo”. I wyczucia.

 

No „Egon” to nie fabuła, która jest za dobre pomyślana czy poprowadzona. Ot był pomysł na kopię Ważniaka i to miało chyba unieść ciężar całości. Miało być śmiesznie, ale jakoś mnie nie śmieszy, treści tu nie wiele, a niejaka Tatjana (Woods? Bo tylko z nią w komiksowie kojarzy mi się to imię) nie poradziła sobie z wyciągnięciem z tej historii czegoś więcej, niż paru żartów i odrobiny akcji. Satyryczny potencjał był, ale wygląda to tak, jakby nikogo on nie obchodził. Więc została tylko niewymagająca, nieco idąca pod prąd historia, coś, jakby komiks środka próbował udawać underground.

 


No ale mamy jeszcze świetna okładkę i bardzo fajne ilustracje. No tu się nie czepiam, bo przyjemnie jest. Samo wydanie też – Mandragora miała to do siebie, że większość jej komiksów z kantem rozpadała się, jak tmsemicowe „Wydania Specjalne” czy „Mega Marvele”, a „Egon” po latach nadal dobrze się trzyma. No i tyle. Nic szczególnego, nie za dobre to to, ale przeczytać można, jeśli gdzieś to traficie za grosze i lubicie takie lobowe klimaty. A za grosze trafić można. Tragedii nie ma, lektura idzie szybko, nudy nie ma, a rysunki podnoszą poziom, ale mogło być o wiele lepiej.

Komentarze