No i znów Strugaccy w rękach moich i na mojej
recenzenckiej tapecie, ale inaczej się nie dało. Bo jak wychodzą takie opasłe
tomiszcza zbierające prace tak doskonałych autorów, jak tu można się oprzeć? A no
nie można. Chce się po to sięgać, sięgać po to trzeba, a przy okazji i warto.
Niezależnie czy sięgniecie po ten tom, czy po drugi, (choć wątpię, byście na
jednym tylko poprzestali, gdy już wnikniecie w ten świat) zabawa zawsze będzie
znakomita, będzie na poziomie i połechta mile Wasze czytelnicze ambicje. I
dostarczy tematów do przemyśleń, zadumy i analizy także.
Przybyli, zobaczyli… odlecieli. Tak mniej więcej
wygląda wizyta kosmitów na naszej planecie w tytułowej powieści. Zjawili się na
chwilę, równie szybko zniknęli, zostały po nich relikty. I przypuszczenia,
domniemania – nikt bowiem nic konkretnego nie wie – i handel też został. Bo
relikty po obcych chętnie schodzą i nie brak chętnych do ich zdobywania. Ale
czy ludzkość ma szansę zrozumieć z czym miała i ma do czynienia?
W historii „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”
dostajemy satyrę na radzieckie instytucje naukowe, poprzez ukazanie nam
naukowców, ale naukowców jakże nieudolnych, choć pasjonatów, parających się
badaniem magii. W „Ślimaku na zboczu” zaś wędrujemy razem z bohaterem przez
tajemniczy, niekończący się las. W „Trudno być bogiem” widzimy ludzi przyszłości,
którzy trafiają do świata, jaki w rozwoju dotarł do realiów zbliżonych do
naszego średniowiecza, gdzie stają się swoistymi bóstwami: pytanie jednak
jakimi… A wreszcie w wieńczącej tom powieści „Miliard lat przed końcem świata”
poznajemy różnych naukowców zajmujących się różnymi dziedzinami, ale mającymi
zbliżony problem: coś przeszkadza im w dotarciu do celu ich odkryć. Czyżby
komuś zależało na przeskoczeniu im w poznaniu czegoś wiekopomnego? A jeśli tak
to komu i dlaczego?
Brali Strugaccy na warsztat tematy każdemu z nas
znane – podbój kosmosu, przybycie kosmitów, dziwne miejsca – i wyciskali z tego
coś niezwykłego. Współcześnie już chyba tylko Cixin Liu potrafi i właściwie to
chyba jedyny obecnie autor jeszcze starający się w science fiction wycisnąć coś
z ogranych motywów, znaleźć nieznaną dotąd ich stronę i odsłonić coś tak oczywisto-nieoczywistego,
że aż genialnego w swej prostocie. No i dokładnie to mamy tutaj. Kosmici
przylatują i coś po sobie zostawiają, a my nic z tego nie rozumiemy, jak te
owady nie rozumieją pozostałości po naszym pikniku? Naukowcy badają magię?
Dziwny las, jako symbolika totalitaryzmu? Chyba tylko w totalitaryzmie –
radzickim, chińskim, jakimikolwiek innym – mogła i może rodzić się taka
fantastyka. Bo tłumaczy jej jakośc też i pomysłowość; przecież autorzy musieli
jakoś ukrywać treści przed wzrokiem cenzury i aparatu państwowego, więc
kombinowali, a z tego kombinowania rodziły się wielkie dzieła, które po dziś
dzień inspirują i zachwycają.
Proza Strugackich to z jednej strony świetne
pomysły na fascynujące wizjami albo klimatem opowieści, a z drugiej
przesłaniem, głębią, drugim i trzecim dnem, satyrą, analizą naszej kondycji i
świata, wiecznie aktualną jednak, bo opartą na analizie natury ludzkiej. Ale,
że literatura to nie medal i ma więcej niż dwie strony, mamy tu też wyśmienite
pisarstwo, płynne, przyjemne, ale kiedy trzeba ciężkie i nasycone – za każdym
zaś razem treściwe. I nadal świetne, mimo upływu dekad robiące wrażenie. I
rewelacyjnie wydane. Nic tylko brać i czytać. I zachwycać się na każdym kroku,
nawet jeśli są tu utwory lepsze i gorsze – wszystkie są świetne, tak i są
reprezentacyjne dla całej twórczości braci Strugackich.
Recenzja opublikowana także na portale Sztukater.

Komentarze
Prześlij komentarz