Wiadomo, że wszystko, co
miał najlepszego do zaoferowania, Shyamalan zrobił na początku swojej kariery. „Szósty
zmysł”, „Niezniszczalny”, „Znaki” i… No właśnie, cała reszta już mu takiego
uznania nie przyniosła. Z drugiej jednak strony praktycznie żaden jego film –
pomijam „Ostatniego władcę wiatru” i „1000 lat po Ziemi”, bo chętnie o nich
zapomnę – tak naprawdę nie zawiódł, a do tego w ostatnich latach reżyser
potrafił pozytywnie zaskoczyć „Splitem” i „Glassem”, więc znów chętnie sięgam
po jego kino. No i chętnie sięgnąłem po „Pukając do drzwi” i okazało się, że
Shyamalan znów zrobił kawał niezłego kina.
Ale po kolei. Najpierw
trochę o treści. Wakacje, domek na odludziu i rodzina, która wyjeżdża na
wypoczynek, by znaleźć się w samym środku nieoczekiwanych wydarzeń. Tak w
skrócie przedstawia się fabuła. Eric, Andrew i ich adoptowana córka wyjeżdżają
właśnie na taki wypad i zostają napadnięci. Grupa napastników nie jest jednak
do końca taka, jak by się mogło wydawać. Mają w końcu konkretny cel, a rodzina
będzie musiała stanąć w obliczu dylematu moralnego: ratować siebie, czy… całą
ludzkość!
Shyamalan lubi kino
nietypowe. Lubi nas zaskakiwać. Lubi bawić się pomysłem, niby prostym, niby
znanym, ale jednak kryjącym w sobie potencjał. Czasem udawało mu się zaskoczyć,
czasem nie, ale starał się. Starał się też zawsze zapewnić odpowiednią
podbudowę obyczajową, skupiając na rodzinnych tragediach i międzyludzkich
relacjach. I tego wszystkiego próbuje też w najnowszej produkcji swojego
autorstwa. Tym razem co prawda oparł to wszystko na książce pod tym samym
tytułem i może dlatego sam wątek rodzinny nie jest tak dobrze poprowadzony, jak
w jego wczesnych filmach, ale ogólnie całość daje radę.
Jak w przypadku
większości filmów Shyamalana, tak i tu nie ma co za bardzo wnikać o czym to
jest i jaki gatunek reprezentuje. Jego kino to zawsze rzeczy z napięciem, z
klimatem i z tajemnicą. I tego się trzymajmy. Tu, jak zawsze, wszystko układa
się dopiero na koniec, a cała reszta ma nas trzymać w niepewności i mylić
tropy. Nie zawsze się to udaje, ale rzecz jest spójna, dobrze zrealizowana i
wykonana. Aktorsko to nie Oskarowy poziom, Dave Bautista czy Rupert Grint –
wiecznie już kojarzący się z Draxem i Ronem, swoimi najsłynniejszymi rolami –
bardziej są, niż grają, ale w tym byciu zostali po prostu dobrze dobrani do
swoich ról i nie widzę w tym problemu. Są, jacy mieli być, Shyamalan wiedział,
kogo wybiera pod co, tak jak i wiedział, jaką książkę wybrać do zekranizowania,
by pasowała do jego wrażliwości i podejścia.
Więc jestem na tak. Jak
przy większości kina reżysera. Poziom, do jakiego przyzwyczaił nas w ostatnich
produkcjach typu „Old” został zachowany, rozrywka jest dobra, a fani jego
twórczości - chyba zaliczam się do nich, skoro obejrzałem wszystko co nakręcił,
poza filmem „Dziadek i ja” i studenckim „Praying with Anger”, więc mogę
powiedzieć to z czystym sumieniem – znajdą tu sporo ze starego, dobrego
Shyamalana. I o to chodziło.
Recenzja opublikowana na portalu Kostnica.




Komentarze
Prześlij komentarz