Warlock: A ludzie nazwą go… Warlockiem! / Warlock i Straż Nieskończoności – Roy Thomas, Jim Starlin, Gil Kane, Angel Medina, Rick Leonardi
No to tak – jest już Warlock w MCU, za sprawą
nowych „Strażników Galaktyki” (zanosiło się na to od lat, ale dopiero się
doczekaliśmy jego występu), więc postanowiłem sięgnąć sobie po jakieś solowe
jego przygody. A skoro już mam wszystkie te „… Nieskończoności”, a ten
konkretny tom to nic innego, jak pomost między „Rękawicą”, a „Wojną”, wybór był
prosty. No i fajnie wyszło. Może nie jest to wielkie dzieło, ale powiem
szczerze, że naprawdę daje radę. I jeszcze graficznie to już w ogóle dobrze mi
robi, bo rysunki są tu bez porównania lepsze od tego, co znamy z dodatków do „Wojny
Nieskończoności”.
Starcie z władającym Rękawicą Nieskończoności
Thanosem się skończyło. Ale Kamienie Nieskończoności to spory problem, coś
trzeba z tym zrobić, tak rodzi się Straż Nieskończoności, która ma ich strzec. Tylko
czy to nie zbyt wielka odpowiedzialność?
Skład tego albumu jest prosty, ale naprawdę
konkretny. No bo tak, mamy tu dwa zeszyty klasyki – debiut i geneza Warlocka,
częściowo już znana z jednego z tomów „WKKM” – i pierwsze sześć numerów
„Warlock and the Infinity Watch”. I te sześć numerów to, jak pisałem na
wstępie, pomost między „Rękawicą Nieskończoności”, a „Wojną”. Dosłownie –
pierwszy numer to nic innego, jak epilog tej pierwszej opowieści, ta druga zaś
ze „Strażą” łączyła się już od siódmego zeszytu, który był dodatkiem do niej.
Więc album ten obejmuje dokładnie to, co działo się pomiędzy.
I fajnie to obejmuje. Starlin jest tu w swoim
żywiole, może i wolę go w mroczniejszych opowieściach, jakie robił dla DC
(„Batman: Sekta” to dla mnie jego szczytowe osiągnięcie), ale w kosmicznych
fabułach też zawsze czuł się znakomicie. Więc czy robił coś dla DC właśnie
(„Kosmiczna odyseja”), czy dla Marvela, przyjemnie to robił. I chociaż czasem
za dużo tu gadania i wyjaśniania, i niekiedy naiwności także sporo, akcja,
klimat i przyjemne rozwijanie marvelowskiego kosmosu wypadają dobrze. Podobnie,
jak kreacja postaci. Warlock, z tym jego iście mesjanistycznym zacięciem, z
brzemieniem Kamieni Nieskończoności, jest niczym ten Frodo z „Władcy
Pierścieni”, choć jednocześnie więcej w nim buty, więcej jakiejś takiej złości,
co dobrze tu wypada.
I choć to część większej opowieści, dobrze czyta
się to i niezależnie od wszystkiego. A jak się na to patrzy! Rysunki Angela
Mediny to kawał rewelacyjnej roboty, pełnej detali, świetnego balansowania
między tym, co mroczniejsze, i co widowiskowe… Leonardi już tak dobry nie jest,
ale też radę daje. W skrócie, świetne to jest, ma klimat, za jaki uwielbiam komiksy
z tamtych lat i tak ogólnie, jako dobry komiks superhero / SF wypada po prostu
na bardzo dobrym poziomie.
No i tylko to wydanie mogłoby być lepsze. Bo jakoś
nie powala na kolana przekładem. Dodatki są fajne, tradycyjne streszczenie
losów postaci – choć często mocno pobieżne – i samej serii zawsze się przydają
fanom, niemniej „SBM” to jednak nie „WKKM” i jakość jako taka jest niższa. Ale bywało
już w jej ramach dużo gorzej.



Komentarze
Prześlij komentarz