Amazing Spider-Man #8: Dranie i łajdacy – Nick Spencer, Ryan Ottley, Iban Coello, Zé Carlos, Francesco Mobili
Run Spencera rozkręca się coraz bardziej. W
zasadzie to przekroczyliśmy już połowę tej jego opowieści – łącznie będzie
piętnaście tomów – ale scenarzysta konsekwentnie ciągnie przed siebie ten wóz.
I całkiem fajnie mu to wychodzi. Może już przywykłem do jego specyfiki, a może
on nieco lepiej się w to wczuł, ale najnowszą część czyta się całkiem
przyjemnie. I może nic to wielkiego, ale też i jakichś większych wpadek nie
zalicza, więc jako stricte rozrywkowa propozycja dla fanów postaci sprawdza się
przyzwoicie.
Peter ma pokręcone życie. Na wszystko brak mu
czasu, chętnie by się rozdwoił, a może nawet i podzielił na więcej. W nauce
szuka pomocy, ale czy znów nie skończy się to dla niego czymś jeszcze gorszym?
Tymczasem Jameson działa i zaczyna robić… podcasty.
Do pierwszego z nich zaprasza zaś Spider-Mana i pojawiają się kolejne problemy.
Jakby tego było mało, otwarte zostaje nowe kasyno dla łotrów i Pajęczak będzie
musiał się w nim pokazać, a tu jeszcze Bumerang znów coś kombinuje i… Tak,
Fiska też nie zabraknie, a to nie koniec…
Spencer swój run prowadzi tak, że konsekwentnie,
krok po kroku prowadzi nas do wielkiego wyjaśnienia kim jest wprowadzona przez
niego tajemnicza postać i co z tego wyniknie. A robi to w sposób, w jaki
robiono w latach 80. i 90., czyli jak najdłużej odwlekając ten moment. I miało
się tak złożyć, że jego run trwać miał sto zeszytów, ale skończyło się na 75.
Ale i tak spora to liczba, a coś trzeba z przestrzenią pomiędzy zrobić.
Sporadycznie więc podsyca ciekawość, dorzucając coś o tym tajemniczym gościu –
choć można się domyślić, o kogo chodzi – przede wszystkim jednak rozwija życie
Petera i coraz próbuje coś tam namieszać.
I nie inaczej jest w tym tomie. Kolejna rewelacja,
kolejne drobne sprawy, kolejne śmieszkowanie, kolejna akcja i jakoś się to
toczy. Tym razem przez trochę więcej stron, ale w podobny rytmie. Poprzednio
szwankowała logika, teraz jest z tym lepiej, ale czasem czuje się, że za dużo
tu wątków. Lepiej byłoby wniknąć w jeden, konkretny, a tak skaczemy między
różnymi elementami i jakoś to leci. No i leci nieźle całkiem. Ale choć rzecz
nie nudzi, i tak czeka się, by run Spencera już się skończył. Z drugiej jednak
strony ostatnio poczytałem trochę runu Wellsa, który przejął serię po
Spencerze, i to, co zrobił z MJ… Wnikać nie będę, ale wiele lepiej nie jest, a wątek
naciągany i zgrzytanie zębami. A tu się nie zgrzyta, więc nie narzekam.
No i nie narzekam na rysunki, bo akurat fajne są.
Do Ottleya też już przywykłem, a reszta wspierającej go ekipy wypada bardzo
przyjemnie, czasem uderzając w miłe, oldschoolowy nuty. Więc sięgnąć można, jeśli
jesteście fanami serii. Zawsze to kolejny Pająk do poznania i dołączenia do
kolekcji. W starciu z wydawaną jednocześnie na rynku klasyką przegrywa, ale
jako rozrywkowa opowieść środka sprawdza się całkiem nieźle.
Dziękuję wydawnictwu Egmont za możliwość przeczytania albumu.




Komentarze
Prześlij komentarz