KSIĘGA OBJAWIENIA
„American Jesus”, jedna z
najlepszych opowieści Marka Millara, dobiega końca. Okej, końca dobiegła już
jakiś czas temu, ale zanim zamówiłem sobie ten tom, trochę się zeszło, a potem jeszcze
swoje rzecz odleżała na półce, bo pilniejsze lektury i tym podobne sprawy. No
ale w końcu wziąłem się, a potem jeszcze skleciłem parę słów na ten temat i…
Nadal to kawał bardzo dobrego komiksu. Przewidywalnego, miałem nadzieję, że
Millar mnie zaskoczy, ale cała opowieść przebiegła niestety dokładnie tak, jak
myślałem, że przebiegnie, co nie zmienia faktu, że wciąż bawiłem się świetnie i
samo mniej typowe podejście scenarzysty do traktowania swoich postaci oraz
nawet ogranych schematów zrobiło swoje.
Od zarania dziejów Szatan
i Jahwe toczą bój. Bóg zsyła na ziemię proroków, diabeł niweczy Jego plany, a
teraz większość świata jest we władaniu satanistycznej ekipy rządzącej. Syn diabła
będący obecnie prezydentem Stanów Zjednoczonych chce doprowadzić do końca swój
plan i zniszczyć wszelkie niebiańskie wpływy zanim przybędzie nowy mesjasz. Ale
mesjasz już tu jest. Trzy dekady spędził – spędziła, bo to kobieta – na własnej
misji, a teraz w końcu gotów jest do akcji. I nie pora na nauki, na głoszenie
słowa – pora na sąd. Kto zwycięży w tym starciu?
Długo zeszło Millarowi
skończenie tej serii. Kiedy czytałem ją po raz pierwszy, jeszcze w
zeszytówkach, był rok 2005, a rzecz jeszcze świeża, bo w Stanach wydana rok
wcześniej. A potem było czekanie na ciąg dalszy, a ten pojawił się piętnaście
lat później. Na szczęcie na finał czekaliśmy już tylko 2-3 lata, a czy było
warto? Dla mnie tak. Już drugi tom nie był jakimś wielkim zaskoczeniem – no
może poza zmianą postaci wiodącej, a trzeci to już w ogóle oczywisty jest
mocno, ale nie zmienia to faktu, że Millar świetnie to wszystko prowadzi pod
względem jakości wykonania. Że fajnie splata fakty i fikcję i równie fajnie
skroił te swoje postacie. Szkoda, że niczym nie zaskoczył, niemniej w przyjemny
sposób napisał własną, komiksową wersje „Biblii”, tylko ze uwspółcześnioną – od
zawsze marzył mu się taki remake, jak sam wspomina, bo już jako dzieciak uważał,
że to się musi sprzedać, skoro to taki bestseller.
No ale to tak na uboczu,
a wracając do sedna, to taki komiks, przez który przyjemnie się płynie, czasem
brutalny, czasem z mrocznym klimatem, zawsze wciągający, z żywymi dialogami. Nieoczywiste,
krwiste, choć archetypiczne postacie, niezła akcja – niby dzieje się niewiele,
niby bohaterowie głównie rozmawiają, ale jednak robi to większe wrażenie, niż
pędząca na złamanie karku akcja. Mimo przewidywalności, świetnie się to czyta,
ciekawie ukazane są te wspomniane już przeze mnie elementy łączące fikcję z rzeczywistością
(prawdziwa geneza wydarzeń z jedenastego września i tym podobne atrakcje), a
jeszcze szata graficzna robi robotę. Bo Peter Gross w swej prostocie, jak
zwykle jest wyrazisty i znakomity, a wspomagający go Tomm Coker – tak, ten sam,
który genialnie zilustrował „The Black Monday Murders” – naprawdę dobrze wypada,
realistycznie, choć nieco prościej niż zazwyczaj.
W skrócie, dobry komiks.
kawał fajnej opowieści, ale też i coś, nad czym warto pomyśleć. Pierwszy tom
pozostaje niepobity – tam wszystko grało jeszcze lepiej, no i miało fajny twist
na koniec – ale i jako całość seria ta należy do najlepszych Millara, jak już na wstępie pisałem. Więc tak, polecam, zachęcam, mam nadzieję, że ktoś w końcu wyda to po polsku no i... I tyle w
temacie.




Komentarze
Prześlij komentarz