„Sam strach” się skończył i jako, że miał odmienić
status quo bohaterów, trzeba było po nim pokazać, jak to ich zmieniło i co
uległo przemianie. Tak zaczęło się kolejne wydarzenie zatytułowane „Shattered
Heroes”, rozpisane na różne serie, ale i posiadające pewien tak jakby trzon, w
postaci miniserii „Bitewne blizny”, która miała za zadanie sprowadzić komiksowe
uniwersum Marvela na ścieżki bliższe temu filmowemu. No i robi to. I to w
całkiem niezłym stylu, choć by ta historia przypadła Wam do gustu, trzeba
jednak lubić szpiegowsko-sensacyjne klimaty.
Marcus Johnson jest zwykłym żołnierzem. Tak
przynajmniej się wydaje. Kiedy dochodzi do wydarzeń z „Samego Strachu”, walczy
akurat w Afganistanie, ale wraca do domu, gdy okazuje się, że ktoś zabił jego
matkę. Wszystko wskazuje na przypadkowy akt przemocy, ale to tylko pozory. Ktoś
poluje na niego, wynajął zawodowców, w tym tych posiadających supermoce, a w
obecnie panującym chaosie, Marcus może liczyć tylko na siebie i swojego
przyjaciela. Ale kto w ogóle chce go zabić? I dlaczego?
Skoro komiksy zainspirowały kinowe uniwersum, to
kinowe uniwersum musiało też wpłynąć na komiksy. Na potrzeby filmów powstało
sporo postaci, których w komiksach wówczas nie było, więc kwestią czasu było
przeniesienie ich na papier. Coś takiego działo się już w tym medium wcześniej,
weźmy chociażby batmanową Harley Quinn, wymyśloną na potrzeby serialu
animowanego, a dopiero potem wrzuconą do świata opowieści graficznych. No a w
MCU mamy chociażby Darcy Lewis, która na papierze pojawiła się dopiero w tym roku,
antmanowego Luisa, który do komiksów trafił w roku 2015 czy Sylvie Laufeydottir,
która jak dotąd istnieje tylko w MCU. No i jest jeszcze Phil Coulson, tak, jego
też wcześniej w komiksach nie było, a wkroczył do nich właśnie w tej miniserii.
Ale z omawianiem „Bitewnych blizn” jest jeden
zasadniczy problem – opowieść wprowadza jeszcze jedną ważną postać, która sporo
zmienia, ale… No nie da się o tym mówić bez zdradzania o kogo i o co właściwie
chodzi, a to jest clou całej historii, jej największy sekret i twist, dla tych,
którzy jeszcze tego nie wiedzą. Ale ma to też pewien związek z MCU – choć w
komiksach, tyle, że w linii Ultimate – już było. No i więcej nie zdradzam, zbyt
wiele już powiedziałem, ale z drugiej strony… Tak czy inaczej, poza tym
wszystkim, mamy po prostu dobrą komiksową akcję w sensacyjnym ujęciu. Jest
szpiegostwo, jest thriller, jest opowieść wojenna, superhero właściwie też, ale
w zasadzie jest ono na dalszym planie. Liczy się zwykły człowiek wplatany w
wielką aferę, jego próby przetrwania superzamachów i odkrycia gigantycznej
tajemnicy, która będzie miała wpływ na uniwersum. A wszystko to w formie jak
najbardziej dynamicznej, gdzie nie ma miejsca na zbyt wiele gadania, więc mknie
się przez to szybko, ale jednocześnie sylwetki postaci zarysowane są tu w
całkiem dobry sposób i wszystko ma ręce i nogi.
A rysunki są bardzo przyjemne. Typowa, ale dobrze
wykonana robota. I fajnie, bo to na nich spoczywa odpowiedzialność opowiedzenia
za pomocą obrazów większości akcji. I sprawnie to wypada. A samo wydanie też
jest niczego sobie. I chociaż po wszystkim zostaje wrażenie, że w sumie nie
było to aż tak potrzebne, jak chcieli twórcy – jak i „Sam strach” – niemniej bardzo
przyjemnie się to czyta, materiał na film też z tego niezły no i ten album to
po prostu całkiem udany most przerzucony między komiksami a MCU. Nie fabularny,
ale… No, sami zobaczycie.
Kolejność czytania eventu i wydanych po polsku
tie-inów:
·
Kapitan Ameryka vol. 6
#6-10 (z tomu „Kapitan Ameryka #8: Amerykańscy marzyciele”)
·
Bitewne blizny
·
Hulk: Rozdarty




Komentarze
Prześlij komentarz