Więc tak – krótko, szybko
i na temat, bo rozpisywać się nie ma ani o czym, ani po co. Adaptacja mangowa
filmowego hitu trwa. Tu wiernie, tam mniej, ogólnie fajnie wypada, lepiej niż
kino, psujące efekt animacją 3D. Kto oglądał, znajdzie tu to, co lubi plus
trochę nowego, kto nie oglądał, pozna sympatyczną, acz mocno wtórną historię. No
i tyle.
No to tak – Armia Czerwonej
Wstęgi chce porwać Pan. Piccolo, który zinfiltrował jej szeregi, zostaje wraz z
„kolegą” wysłany właśnie z tą misją. Kiedy więc „kolega” odpada, Piccolo
przekazuje dziewczynce co się dzieje i oboje, kontynuując jego plan. A wszystko
to prowadzi do jednego – wciągnięcia Gohana w wielką walkę, której może nie
podołać…
Z mangą „Dragon Ball
Super” to jest tak, że najpierw były filmy. Potem te filmy przerobiono na
serial, a kiedy tak przerabiano, zaczęto robić mangę. No i fajnie, bo są tacy,
a ja do nich należę, którzy wolą czytać niż oglądać, a swoje ulubione rzeczy to
w ogóle wolą na papierze niż na płytach chociażby, rzecz w tym, że materiał
gonił i pędził i w mandze sporo pominięto. No ale potem dotarła do punktu, w
którym wyprzedziła anime. Ale anime nagle wyskoczyło z nowym filmem kinowym, a
ten zaadaptowano na mangę. A raczej dopiero się go adaptacji, choć poprzednie się
nie doczekały. Ale dobrze, że chociaż to mamy, bo fajnie jest, a mangowo
lepiej, niż na taśmie, jak wspominałem, chociaż wszystko to jednak bliskie, niemalże takie same pod względem fabuły i wyglądu.
Ale wracając do tego
odcinka, to w sumie jesteśmy już w połowie historii. Wszystko zależy od tego,
jak rozciągnie się tu nadchodząca walka. Ogólnie pierwsza połowa rozdziału to
gadanie, wyjaśnianie, trochę humoru… No i potem na pełnej petardzie to już
mordobicie do łyknięcia w dwie minutki. Widowiskowe, całkiem nastrojowe – kiedy
Toriyama rysował, nie było takich fajerwerków, choć nadal wolę jego klasyczne
prace – no i nim się obejrzymy, koniec jest.
No ale ważne, że fajnie
jest, że zabawnie, że dynamicznie i miło. Nadal lepsze to od zdecydowanej większości
shounenów. I nadal to klasa sama w sobie, choć od dawna zjada swój ogon. I to
się ceni. No i fajnie na papierze zobaczyć niektóre sceny z kina.




Komentarze
Prześlij komentarz